Monday, June 11, 2012

Pomidor i oliwa na wyspie na skraju świata.

Lunch to moje prawo i mój przywilej. To moja przyjemność. Nie muszę biec do metra by dojechać do domu. Nie muszę żuć gumiaków serwowanych w parlamentarnych kantynach. W większości przypadków lunch stoi ciepły i gotowy, a zapach jego dobiega do nosa, zaraz po przekroczeniu progu wspólnoty.
Nie wszyscy członkowie La Viale korzystają z lunchowej chwili spokoju. Dlatego spotykam w zasadzie samych starszych jezuitów i ich czcigodnych gości. Sami przedstawiają się jakby byli moimi dobrymi kolegami z ulicy, a później w spokoju wstają i powoli myją naczynia. O ich czcigodności dowiaduję się dopiero kiedy brat Therry uświadamia mnie z kim właśnie rozmawiałem. Nawet arcybiskupi przekraczający progi La Viale, zdają się respektować zasady życia we wspólnocie.

Jeden z anonimowych braci zawsze wita mnie łagodnym uśmiechem i towarzyszy mi przy posiłku. Nie jest jednak jedynym towarzyszem. Resztę krzeseł zajmują jego opowieści. Siadają razem z nami, przymykają oczy i bujając się z jednego boku na drugi, potulnie słuchają.

A są to opowieści o dzikiej wiosce, o której nikt wcześniej nie słyszał. Skryta wśród gór do zaoferowania ma jedynie piękno zamyślone w planie Stwórcy. To właśnie tam grupa ludzi postanowiła własnymi siłami stworzyć swoją małą ziemię obiecaną. Coś z niczego. Kamień na kamieniu, zaprawa i praca ludzkich rąk powoli odtwarzała dzieło kreacji. Na skraju niczego, u pana Boga za piece w południowej Francji, gdzieś przy granicy z Prowansją powstała wspólnota La Viale.

Taize? Pyta brat? Taize to cywilizacja. Tak się składa, że leży dokładnie w połowie drogi do La Viale. Można tam wziąć ostatni oddech kultury. Później jest już tylko dzicz. W naszej skromnej budowli mamy zawsze dwóch nietypowych sąsiadów. W rogu zagnieździła się para orłów. Nie przeszkadza im towarzystwo cichych mnichów. Tak bardzo zżyli się oni z tym miejscem, że orły nie zwracają na nich uwagi.

Ale spójrzmy w inną stronę. Opowiadałem Ci już jak pracowałem w szpitalu w Jerozolimie? Jeden Żyd odmawiał leczenia rany postrzałowej bo był Szabat. Co to był za człowiek! Ah, już Ci o tym opowiadałem?
To może historia o mojej misji w Japonii. Trudno jest przebić się przez barierę kultury. Język wszędzie jest ten sam. Ale kultura, wartości w ludziach to co innego.

- Jak to język jest ten sam?
-Nie rozumiesz, to Ci wytłumaczę. Opowiem Ci historię.

Po moim pobycie w Japonii i Chinach miałem dość cywilizacji. Dość tego hałasu, ciągłych dyskusji i pędu. Postanowiłem być jak mój sąsiad orzeł i wrócić do gniazda. Jak prosty tułacz popłynąłem na wyspę na krańcu świata. Kupiłem woreczek pomidorów, oliwę i poszedłem na plażę. Czując ciepło słońca postanowiłem usiąść na piasku i pożywić się sokiem pomidorów. Kiedy tak siedziałem, kosztując owoce natury, usłyszałem krzyk. To zza wzgórza wołała mnie jakaś kobieta. Kiedy do niej podszedłem okazało się, że ma domek na tej wyspie, gdzie mieszka wraz z mężem. Byli sami, bezdzietni i biedni. Widząc, że jem zaprosili mnie do siebie i podzielili wszystkim co mam. Za to przyjęcie pomagałem im pracą. Było ich tylko dwoje, a pracy zawsze wiele. Byli oni bardzo prości, nie potrafili czytać, a ja nie rozumiałem ich języka. Nie było to z resztą potrzebne. Ich słowa przejawiały się w czynach. To byli bardzo boży ludzie. Przyjęli mnie jak syna. Wtedy każde śniadanie składało się z moich własnych pomidorów i oliwy.  Podobne do tych, które teraz jesz.

Ale, cóż to? Skończyłeś już swój lunch? To biegnij, pewnie już czekają na Ciebie w biurze.

1 comment:

  1. "Jeden z anonimowych braci zawsze wita mnie łagodnym uśmiechem i towarzyszy mi przy posiłku".

    Uważaj na niego! Z Aryą Stark było podobnie.

    Bardzo ładna opowieść na koniec.

    ReplyDelete