Ogromne budynki dzielnicy europejskiej wybijają się ponad starą tkankę mieszczańskiego miasta. Tysiące małych słońc odbitych w kroplach przelotnego deszczu odbijają swoje światło od przeszklonych gór zbudowanych przez człowieka. W dole czarne i granatowe mrówki pędzą ze swoimi aktówkami i chronią się przed nagłym atakiem deszczu. Powinienem częściej wjeżdżać na 14 piętro parlamentu. Ciekawy widok.
Czas obiadu, czas zjechać na dół do mrowiska i wybiec na Esplanadę wraz z innymi. Tym razem jednak nie pędzę z powrotem do La Viale lecz udaję się w przeciwnym kierunku. Wystarczy zadrzeć głowę do góry by zobaczyć szklaną pułapkę, z która przed chwilą była punktem widzenia mojego świata. Przechodzę w okolice ronda jednego z ojców założycieli Schumana i patrzę na potężne ciosane kloce, które stanowią schronienie dla tysięcy eurokratów. Obok piętrzą się żurawie i place budowy, które wiele mówią o tym, gdzie ulokowany jest potencjał rozwojowy tego podupadającego miasta. Jak mutacja na tkance ciała, eurobudynki tworzą nową strukturę i nową jakość. Idę jednak dalej.
Nazwy ulic brzmią zachęcająco. Archimedes, Franklin itd... Z sympatii do drukarza z Filadelfii podążam pod górę i czuję jakbym nagle znalazł się w miejscu, które mogło być nieślubnym dzieckiem Paryża i poznańskich Jeżyc. Urocze kawiarnie w cieniu wielkich lip, restauracyjki zachęcające do wypicia chociaż jednej espresso. Woda z liści jeszcze sporadycznie kapie, a krople rozbryzgują się na powierzchni okrągłych czerwonych stoliczków. Kelnerzy podchodzą do niektórych, przecierają szmatką i zapraszają do swoich restauracyjnych przystani.
Nieopodal w Jubelparku (zwanym też parkiem Pięćdziesięcolecia) międzynarodowa grupa młodych ludzi gra w frisbee. Ogromny łuk triumfalny rzuca majestatyczny cień na grających, którzy nie mają czasu na napawanie się jego pięknem. Ważniejsze w tej chwili jest przejąc dysk od drużyny przeciwnej. W grupce zapaleńców frisbee rozpoznaję znajomych z La Viale! Kto by pomyślał, że w deszczowej stolicy Belgii będę mieć przyjemność rozegrać pełnoprawny mecz Ultimate Frisbee? Śliska od deszczu trawa nie przeszkadzała tak bardzo, a intensywny mecz przyniósł moment sportowego zatracenia. Dla mrówki zasiedzianej w biurze taki ruch okazał się zbawienny! Mrówki też muszą biegać, trzeba je wypuszczać z terrarium. Wydłużający się cień łuku triumfalnego to sygnał, że dzień ustąpi swego miejsca nocy i najwyższy czas przerwać mecz.
W nocy wszystko wygląda ładniej. Półmrok maskuje niedoskonałości dziurawych i chropowatych chodników, a światło latarni czyni uliczki powabnymi. Słoneczny długi wieczór zachęcał do wyjścia. Dlaczego nie? Włoska krew Czesko rwała się do tutejszych kobiet, więc postanowiłem wesprzeć go w staraniach jako skrzydłowy. Latynoskie rytmy Havana Club nie są moimi ulubionymi, ale Czesko się spełnia na parkiecie. Nasze akcje podbijania do półtrzeźwych niewiast kończą się opowiadaniami, które można przeczytać na stronie żal.pl więc Czesko traci ducha i chce iść do domu. Kiedy wychodzimy z klubu Czesko otrzymuje dar z nieba. Telefon od znajomej z Maroko z pytaniem czy jeszcze jest w mieście. Jako, że nie byłem zbytnio zainteresowany czekaniem w nocy udałem się na spoczynek. Czesko jednak wiernie stał na warcie. Czekał dwie godziny. Następnego dnia mówił, że się opłaciło. Ale to Włoch, jeśli chodzi o kobiety to mu nie ufam.
Bruksela jest jak układanka z puzzli. Dopiero po czasie zaczyna nabierać kształtów i zaczynasz widzieć pełen obraz. Zanim to jednak nastąpi musisz poznać małe kawałki, klocek po klocku. To czasochłonny proces, a nie każdy chce ten czas inwestować. Cały czas nie wiem czy to dobra inwestycja, ale przekonałem się o jednym. Bruksela da się lubić.
True story.
Czas obiadu, czas zjechać na dół do mrowiska i wybiec na Esplanadę wraz z innymi. Tym razem jednak nie pędzę z powrotem do La Viale lecz udaję się w przeciwnym kierunku. Wystarczy zadrzeć głowę do góry by zobaczyć szklaną pułapkę, z która przed chwilą była punktem widzenia mojego świata. Przechodzę w okolice ronda jednego z ojców założycieli Schumana i patrzę na potężne ciosane kloce, które stanowią schronienie dla tysięcy eurokratów. Obok piętrzą się żurawie i place budowy, które wiele mówią o tym, gdzie ulokowany jest potencjał rozwojowy tego podupadającego miasta. Jak mutacja na tkance ciała, eurobudynki tworzą nową strukturę i nową jakość. Idę jednak dalej.
Nazwy ulic brzmią zachęcająco. Archimedes, Franklin itd... Z sympatii do drukarza z Filadelfii podążam pod górę i czuję jakbym nagle znalazł się w miejscu, które mogło być nieślubnym dzieckiem Paryża i poznańskich Jeżyc. Urocze kawiarnie w cieniu wielkich lip, restauracyjki zachęcające do wypicia chociaż jednej espresso. Woda z liści jeszcze sporadycznie kapie, a krople rozbryzgują się na powierzchni okrągłych czerwonych stoliczków. Kelnerzy podchodzą do niektórych, przecierają szmatką i zapraszają do swoich restauracyjnych przystani.
Nieopodal w Jubelparku (zwanym też parkiem Pięćdziesięcolecia) międzynarodowa grupa młodych ludzi gra w frisbee. Ogromny łuk triumfalny rzuca majestatyczny cień na grających, którzy nie mają czasu na napawanie się jego pięknem. Ważniejsze w tej chwili jest przejąc dysk od drużyny przeciwnej. W grupce zapaleńców frisbee rozpoznaję znajomych z La Viale! Kto by pomyślał, że w deszczowej stolicy Belgii będę mieć przyjemność rozegrać pełnoprawny mecz Ultimate Frisbee? Śliska od deszczu trawa nie przeszkadzała tak bardzo, a intensywny mecz przyniósł moment sportowego zatracenia. Dla mrówki zasiedzianej w biurze taki ruch okazał się zbawienny! Mrówki też muszą biegać, trzeba je wypuszczać z terrarium. Wydłużający się cień łuku triumfalnego to sygnał, że dzień ustąpi swego miejsca nocy i najwyższy czas przerwać mecz.
W nocy wszystko wygląda ładniej. Półmrok maskuje niedoskonałości dziurawych i chropowatych chodników, a światło latarni czyni uliczki powabnymi. Słoneczny długi wieczór zachęcał do wyjścia. Dlaczego nie? Włoska krew Czesko rwała się do tutejszych kobiet, więc postanowiłem wesprzeć go w staraniach jako skrzydłowy. Latynoskie rytmy Havana Club nie są moimi ulubionymi, ale Czesko się spełnia na parkiecie. Nasze akcje podbijania do półtrzeźwych niewiast kończą się opowiadaniami, które można przeczytać na stronie żal.pl więc Czesko traci ducha i chce iść do domu. Kiedy wychodzimy z klubu Czesko otrzymuje dar z nieba. Telefon od znajomej z Maroko z pytaniem czy jeszcze jest w mieście. Jako, że nie byłem zbytnio zainteresowany czekaniem w nocy udałem się na spoczynek. Czesko jednak wiernie stał na warcie. Czekał dwie godziny. Następnego dnia mówił, że się opłaciło. Ale to Włoch, jeśli chodzi o kobiety to mu nie ufam.
Bruksela jest jak układanka z puzzli. Dopiero po czasie zaczyna nabierać kształtów i zaczynasz widzieć pełen obraz. Zanim to jednak nastąpi musisz poznać małe kawałki, klocek po klocku. To czasochłonny proces, a nie każdy chce ten czas inwestować. Cały czas nie wiem czy to dobra inwestycja, ale przekonałem się o jednym. Bruksela da się lubić.
True story.
No comments:
Post a Comment