Myliłby się, każdy, kto sądzi, że wszyscy mieszkańcy La Viale nie radują się na wieść o nadchodzącym weekendzie i imprezie! Tym razem chodzi o pożegnanie jednej z kilku Słowaczek, która w przyszłym tygodniu kończy swoją przygodę z La Viale.
Zaopatrzywszy się w kilka rodzajów sławnych belgijskich piw ruszyliśmy spokojnie na przedparty. Teoretycznie umówione miejsce spotkania leży na tej samej ulicy co nasza wspólnota. 25 minut później ciągle szukaliśmy naszego docelowego mieszkania, błądząc po wąskich brukselskich uliczkach. Był to już drugi raz w ciągu ostatnich 4 dni, kiedy udało mi się zgubić w stolicy Belgii. Tylko tym razem nie byłem sam i nie mogłem zwalić wszystkiego na swą własną tępotę. Chyba, że jest zaraźliwa.
Okazało się, że Chaussee de Wavre/Waverse Straat jak każda typowa, brukselska ulica najpierw w niezbyt oczywisty sposób przechodzi w wypełniony kawiarniami deptak, by później zostać przerwana przez Plac Jourdan. W końcu zdecydowałem się obejść cały plac dookoła, w akcie desperacji szukając kontynuacji ulicy. Znalazłem ją na drugim końcu. Była pod dziwnym kątem i dwa razy węższa niż przy wejściu na plac. Po przedłużonym marszu, wreszcie udało mi się spróbować kilka rodzajów sławnego, belgijskiego piwa.
Zaopatrzywszy się w kilka rodzajów sławnych belgijskich piw ruszyliśmy spokojnie na przedparty. Teoretycznie umówione miejsce spotkania leży na tej samej ulicy co nasza wspólnota. 25 minut później ciągle szukaliśmy naszego docelowego mieszkania, błądząc po wąskich brukselskich uliczkach. Był to już drugi raz w ciągu ostatnich 4 dni, kiedy udało mi się zgubić w stolicy Belgii. Tylko tym razem nie byłem sam i nie mogłem zwalić wszystkiego na swą własną tępotę. Chyba, że jest zaraźliwa.
Okazało się, że Chaussee de Wavre/Waverse Straat jak każda typowa, brukselska ulica najpierw w niezbyt oczywisty sposób przechodzi w wypełniony kawiarniami deptak, by później zostać przerwana przez Plac Jourdan. W końcu zdecydowałem się obejść cały plac dookoła, w akcie desperacji szukając kontynuacji ulicy. Znalazłem ją na drugim końcu. Była pod dziwnym kątem i dwa razy węższa niż przy wejściu na plac. Po przedłużonym marszu, wreszcie udało mi się spróbować kilka rodzajów sławnego, belgijskiego piwa.
I rzec muszę, że w pełni zasługuje na swoją renomę! Różnorodność smaków jest oszałamiająca, a sposób dystrybucji piwa: w małych 0.33 butelkach zmusza konsumentów niemalże do degustacji złocistych trunków na kształt wina. Co ważne, piwa te są niejednokrotnie silniejsze niż te, do których przyzwyczaiła nas Europa środkowa (niektóre sięgają nawet 13%, co tylko nasuwa kolejne porównania z winem).
Po spokojnej degustacji, której towarzyszyła słowacka muzyka ruszyliśmy niespiesznie do klubu Madame Mustasche et son Freakshow, którego sława doszła mych uszu w różnych zakątkach Europy. - "To ten gdzie tańczy się na stołach" powtarzali moi rozmówcy jak mantrę. Wreszcie nadszedł czas by zweryfikować "urbańskie legendy".
Dostojnie, odziani prawie, że galowo, wkroczyliśmy do metra. Zbieg okoliczności chciał, że mieliśmy podjechać linią o swojskiej nazwie Erasmus. Ekran wyświetlający nazwy stacji niewyraźny i niknący w długim korytarzu peronu był cichym prorokiem tego co miało się zaraz wydarzyć.
Najpierw usłyszeliśmy charakterystyczny stukot, brzmiący jak konie, którym szlachciura dolał wódki do wodopoju, a potem dla zabawy puścił wybrukowanym ulicami starego miasta. Kolejnymi dźwiękami odbitymi od szarych od brudu kafelków były słowa przypominające jedzenie rozgotowanych ziemniaków, przez wyżej wspomniane konie. Moje przeczucia okazały się prawdziwe. Po chwili z klatki schodowej wyłoniły się trzy damy. Ubrane były w jedyny w swoim rodzaju sposób, nie do pomylenia z niczym innym. Krótkie sukienki ledwie zakrywające pośladki, które choć chciałby się ukryć i schować przegrywają z nieubłaganymi prawami grawitacji i wylewają się odbijając wątłe światło ekranu wyświetlającego nazwy stacji prosto w nasze oczy. Dodać do tego nierówny i przesadzony makijaż i mały kapelusik wpięty we włosy i wszystko staje się jasne (nie tylko dzięki odbitemu światłu). Dopełnieniem obrazu jest niebywały stan upojenia alkoholowego danych dam. Biorąc pod uwagę, że 23.00 dopiero dochodziła oznaczać mogło tylko jedno. Angielskie Damy.
Jedna z Dam podeszła do mnie i wybełkotała w pięknym, ale pokaleczonym wódką brytyjskim angielskim, że potrzebuje moich okularów, bo musi przeczytać mapę metra. Nie pytając o zgodę wyrwała mi moje dwa małe okienka na świat. Kiedy zaprotestowałem, zaproponowała, że może dać mi coś w zamian, a jako że nie miała nic innego stwierdziła, że ofiaruje mi swoje majtki.
Dość szybka kalkulacja zysków i strat tej wymiany pozwoliła my na trzeźwy osąd, który jednoznacznie promował natychmiastowy zwrot moich okularów. Zawiedziona Angielska Dama, która była już w połowie ściągania swojej bielizny z rezygnacją i zażenowaniem wręczyła mi je z powrotem bełkocząc coś pod nosem. Byłby to koniec historii, ale Cesco, który jechał z nami zainteresował się ofertą handlową przedstawioną przez angielską damę. Jako obiekt wymiany upatrzyła sobie jego szykowny krawat.
Przed dość lichą wymianą uchronił naszego Włocha, prorok sygnalizator obwieszczając przyjazd metra. Cesco zaintrygowany otwartą postawą Angielskich Dam chciał zmienić plan naszej peregrynacji imprezowej i przyłączyć się do zacnego towarzystwa Angielek. Wybiliśmy mu to z głowy akurat w momencie, kiedy połowa z Angielskich Dam zdążyła wysiąść na swojej stacji, a druga połowa zamarudziwszy kontynuowała chcąc-nie chcąc podróż podziemnymi tunelami Brukseli.
Współczesne Angielskie Damy rzadko czerpią inspirację z przeszłości
Zrezygnowany Cesco postanowił doprowadzić się do porządku. Byłoby to o wiele prostszym zadaniem gdyby nie to, że nikt z nas nie potrafił zawiązać krawata. Kombinując i tworząc kolejne węzły gordyjskie irytowaliśmy się coraz bardziej, gdy WTEM! podeszła do nas miła starsza pani, która powiedziała tylko: calmement, calmement i kilkoma wyćwiczonymi ruchami, profesjonalnie zawiązała krawat w kilka sekund!
Oszołomieni Angielskimi Damami i niespodzianą krawatowiążczynią udaliśmy się do Madame Moustache et son Freakshow. Dość rzec, że zremiksowana muzyka disco i retro wybitnie wplasowała się w me gusta muzyczne, pieszcząc zmysł słuchu i budząc ciało do ruchu. Z czasem pusty parkiet wypełnił się ludźmi, aż do nieprzyjemnego ścisku. Przez głośną muzykę zaczęły się przebijać odgłosy szurania. Wtedy zrozumiałem co się dzieje. Wszystkie stoły zostały przesunięte pod ścianę dodając pionowy element dancefloor'u! Czym rychlej wskoczyliśmy do góry i nadając ton tanecznie wywyższonym tworzyliśmy coraz to nowe choreografie, które ściągały nam coraz więcej zainteresowanych tancerek i tancerzy!
Szybki komunikacyjny rekonesans: Je ne parle pas français. Anglais, allemand? i wielojęzykowe komendy sterujące choreografiami latały ponad stołami. Na dłuższe rozmowy nie było jednak czasu, gdy pochłonął nas taneczny zew. Zew, któremu się nie odmawia.


No comments:
Post a Comment