Szybkie wyjście z biura. Ostatnie spojrzenie czy okno zamknięte. Komputer ciągle na chodzie, nie ma sensu go wyłączać. Na ekranie widać okienko internet eksplorera. Gdyby obserwator miał więcej czasu to zauważyłby, że w eksplorerze otwarte jest ponad trzydzieści zakładek. Gdyby, miał jeszcze więcej czasu to zauważyłby, że otwarte jest nie jedno okienko a trzy. I każde ma po trzydzieści zakładek. Jednak nie miałem tyle czasu i jedyne okno, na które spojrzałem było zamknięte i nie migało dziesiątkami tekstów, analiz i emaili. Odruchowo zamykam drzwi, by piętnaście kroków później zacząć się zastanawiać czy rzeczywiście to zrobiłem. Muszę zaufać swoim odruchom, nie ma czasu na myślenie teraz. Dobrze, że każdy z Eurodeputowanych obwiesza ściany wokół swojego biura plakatami konferencji jakie zorganizował. Wielobarwne postery działają jak system znaków drogowych w szaro-niebieskich korytarzach, gdzie każdy wygląda tak samo. Gdyby nie te krzykliwe znaki poselskiej aktywności jeszcze gotów byłbym iść nie do centralnego budynku, a w stronę wręcz przeciwną do do jądra ciemności.(Nie no bez żartów. Nikt nie chodzi do jądra ciemności). Klepię się po kieszeniach. Odruch potwierdza, że zabrałem ze sobą notatnik i długopis z dumnym lwem ECR'u. Jak można iść na konferencję bez własnego notatnika? A ta konferencja zapowiadała się nietuzinkowo.
Do sali wkroczyli dumnie i pewnym krokiem przedstawiciele Polski. Silni wiedzą, analizami i ostrymi jak brzytwa faktami zasiedli przy okrągłym stole. Dookoła, z lewej i z prawej zaczęli powoli, z lekko wyczuwalną nutką arogancji zasiadać adwersarze. Pstrokata zbieranina. Na trybunach zasiedli widzowie (w tym jeden z moich elektroszpiegów). Tylko tłumacze odcięci przez ciemną szybę, zamknięci w szklanej klatce ze słów i języków nie wyczuwali napięcia w sali. Pewnie są tam odizolowani, żeby nie pouciekały im słowa, jak niesforne ptaki, które jak raz wyfruną z klatki latają w podnieceniu po pokoju odkrywając nowe dla siebie światy. Na twarzach tłumaczy za ciemną szybą nie można było dostrzec nic z tych emocji. A tymczasem powietrze w sali konferencyjnej gęstniało z minuty na minutę.
Pionki zostały ułożone na planszy. Gracze rozpoczęli swoją partię. Strategia Polaków była prosta. Od razu wytoczono ciężkie działa. Grube analizy, grubych instytucji. Przedstawiciele polskiego przemysłu przedstawiający krok po kroku, dokładnie i systematycznie wpływ środowiskowych polityk unijnych. Ofensywa wbiła się głęboko w planszę i zajęła centralną pozycję. Każda akcja wywołuje reakcję, a na reakcję zielonych nie trzeba było długo czekać. Co więcej, zdążyli wcześniej przeprowadzić podkop.
Przed zebraniem wysłali do wszystkich zaproszonych gości list, który próbował podkopać merytorykę polskich analiz zarzutami o stronniczości i podkreślając finansowanie ich przez wielki przemysł energetyczny. Widać było, że Polacy nie po raz pierwszy spotkali się z tą taktyką. Pan doktor zbijał po kolej każde argumenty, a jego mowa była jak świst szabli. Podkop przeszedł bokiem. Polacy utrzymali swoje centralne pozycje.
Nieoczekiwane wsparcie od europejskich węglowców przywróciło merytorykę dyskusji. Nieubłagany upływ czasu wypędził prelegentów i resztę graczy przed salę wprost w objęcia cateringowego lunchu. Pyszne kanapki z pesto i pomidorem nie zamknęły jednak ust dyskutantów. Okrągła sala konferencyjna skupiała debatę jak w soczewce, lunch rozczepił ją na kilka, również okrągłych, stołów. Opowiedzenie się po jednej ze stron dawało rezultat w postaci kieszeni wypełnionej wizytówkami. Krążąc niczym elektron walencyjny pomiędzy atomami można było uzbierać całkiem niezły stos czarno-zielonych wizytówek. Nawet na lunchowe rozmowy nie było jednak zbyt wiele czasu. Kolejne obowiązki domagały się swojego udziału z dwunastogodzinnej tablicy zegara.
Później asystentka tłumaczyła mi, że to nie chodzi o prezentowanie stanowiska, tylko o słowa, które ostatecznie znajdą się w legislacji unijnej. To ironiczne, że cała gra rozgrywa się między słowami.
Zanim wróciłem do biura, zajrzałem jeszcze do innej asystentki. "Lubisz Hugh Granta?" "Hugh Granta?" "No, ten z Notting Hill" "TAK! Ale czemu? "Będzie jutro w Parlamencie o 12.00, zaraz wyślę Ci informację ze szczegółami" "Skąd wiesz, że będzie?" "Elektroszpiedzy".
Do sali wkroczyli dumnie i pewnym krokiem przedstawiciele Polski. Silni wiedzą, analizami i ostrymi jak brzytwa faktami zasiedli przy okrągłym stole. Dookoła, z lewej i z prawej zaczęli powoli, z lekko wyczuwalną nutką arogancji zasiadać adwersarze. Pstrokata zbieranina. Na trybunach zasiedli widzowie (w tym jeden z moich elektroszpiegów). Tylko tłumacze odcięci przez ciemną szybę, zamknięci w szklanej klatce ze słów i języków nie wyczuwali napięcia w sali. Pewnie są tam odizolowani, żeby nie pouciekały im słowa, jak niesforne ptaki, które jak raz wyfruną z klatki latają w podnieceniu po pokoju odkrywając nowe dla siebie światy. Na twarzach tłumaczy za ciemną szybą nie można było dostrzec nic z tych emocji. A tymczasem powietrze w sali konferencyjnej gęstniało z minuty na minutę.
Pionki zostały ułożone na planszy. Gracze rozpoczęli swoją partię. Strategia Polaków była prosta. Od razu wytoczono ciężkie działa. Grube analizy, grubych instytucji. Przedstawiciele polskiego przemysłu przedstawiający krok po kroku, dokładnie i systematycznie wpływ środowiskowych polityk unijnych. Ofensywa wbiła się głęboko w planszę i zajęła centralną pozycję. Każda akcja wywołuje reakcję, a na reakcję zielonych nie trzeba było długo czekać. Co więcej, zdążyli wcześniej przeprowadzić podkop.
Przed zebraniem wysłali do wszystkich zaproszonych gości list, który próbował podkopać merytorykę polskich analiz zarzutami o stronniczości i podkreślając finansowanie ich przez wielki przemysł energetyczny. Widać było, że Polacy nie po raz pierwszy spotkali się z tą taktyką. Pan doktor zbijał po kolej każde argumenty, a jego mowa była jak świst szabli. Podkop przeszedł bokiem. Polacy utrzymali swoje centralne pozycje.
Nieoczekiwane wsparcie od europejskich węglowców przywróciło merytorykę dyskusji. Nieubłagany upływ czasu wypędził prelegentów i resztę graczy przed salę wprost w objęcia cateringowego lunchu. Pyszne kanapki z pesto i pomidorem nie zamknęły jednak ust dyskutantów. Okrągła sala konferencyjna skupiała debatę jak w soczewce, lunch rozczepił ją na kilka, również okrągłych, stołów. Opowiedzenie się po jednej ze stron dawało rezultat w postaci kieszeni wypełnionej wizytówkami. Krążąc niczym elektron walencyjny pomiędzy atomami można było uzbierać całkiem niezły stos czarno-zielonych wizytówek. Nawet na lunchowe rozmowy nie było jednak zbyt wiele czasu. Kolejne obowiązki domagały się swojego udziału z dwunastogodzinnej tablicy zegara.
Później asystentka tłumaczyła mi, że to nie chodzi o prezentowanie stanowiska, tylko o słowa, które ostatecznie znajdą się w legislacji unijnej. To ironiczne, że cała gra rozgrywa się między słowami.
Zanim wróciłem do biura, zajrzałem jeszcze do innej asystentki. "Lubisz Hugh Granta?" "Hugh Granta?" "No, ten z Notting Hill" "TAK! Ale czemu? "Będzie jutro w Parlamencie o 12.00, zaraz wyślę Ci informację ze szczegółami" "Skąd wiesz, że będzie?" "Elektroszpiedzy".
Mała baza moich własnych "śpiewających ptaszków" rozrosła się trochę przez ostatni miesiąc. Piotrowi do Petyra jednak jeszcze bardzo daleko. Może do końca jeszcze nie rozumiem jakie są zasady tej gry. Ale się uczę.
No comments:
Post a Comment