Saturday, June 30, 2012

Uwodziciele

Od razu wiesz kiedy się zjawiają. Podniecenie daje się wyczuć w powietrzu. Słychać coraz głośniejsze szepty, a przy drzwiach gromadzi się coraz więcej dziewcząt, aż w końcu kreują zator. Każda z nich trzyma w ręku telefon komórkowy, aparat fotograficzny lub kamerę. Atmosfera szybko się udziela więc i Ty coraz częściej zaczynasz odwracać głowę. Mimowolnie i podświadomi prawie jak w przypadku nerwicy natręctw.


Cztery tygodnie wcześniej.
W małej sali konferencyjnej jest już prawie pełno. Udaje mi się usiąść tylko dlatego, że jeden z moich elektroszpiegów wcześniej zarezerwował dla mnie miejsce. Zanim doszedłem do fotela, było już jasne, że to poseł Kurski, a nie dziennikarze będzie nadawać ton spotkaniu. Żartobliwie i lekko, skacząc z tematu na temat poseł Kurski w zasadzie nie odpowiada na pytania przedstawicieli mediów tylko buduje spójną narrację. Swoją własną wizję świata, którą dziennikarze szybko przejmują jako swoją. Dyskusja od początku toczy się w takich ramach w jakich chce tego poseł. Sprytnie i niepostrzeżenie poseł Kurski wrzuca do początkowo oficjalnej rozmowy, niepoważne i dwuznaczne słowa przez co atmosfera formalizmu szybko ulatnia się z pokoju, a na twarzach dziennikarzy widać małe uśmiechy. Chociaż może oni nie są tacy głupi. Może wiedzą, że przyszli nie po informacje, a raczej na przedstawienie jednego aktora. Poseł Kurski doskonale wie jak przyciągnąć do siebie uwagę. Nie ważne jak, nie ważne gdzie. Ważne, żeby o Tobie mówiono. Samochodowe ekscesy posła Kurskiego to nic nowego. Wywołują nawet oburzenie jego samego. Niebezpieczna jazda samochodem i zamiłowanie do prędkości to chyba jakaś wrodzona cecha populistów. Nie mogę być jedyną osobą, której na myśl przychodzi śmierć Jörga Haidera, który rozbił się pędząc po pijaku ponad 140 km/h. Elektroszpiedzy donoszą, że jeden z asystentów posła Kurskiego, przerażony jego stylem jazdy tak obawiał się o swoje życie, że czytał poradniki o tym jak zmaksymalizować szanse na przeżycie w trakcie wypadku przy dużych prędkościach.

Dwa tygodnie później.
W sali plenarnej trwa konferencja. Połowa miejsc jest pustych. Poruszany temat to pluralizm w mediach i rola nowych mediów wobec starych. Wypowiadają się wielcy przedstawiciele konsorcjów medialnych i dziennikarze. Mija dziesięć minut i sala wypełniona jest już w trzech czwartych. MEP, która prowadzi dyskusję po raz pierwszy ucisza nowo przybyłe osoby. Po kolejnych dziesięciu minutach konferansjerka ma na twarzy wypisaną frustrację. Znowu apeluje o ciszę. Sala plenarna jest już pełna. Przez drzwi nie da się już przejść. Nagle wszystkie głowy zwracają się w jedną stronę. Szepty zamieniają się w rozmowy. Prowadząca dyskusję w mig pojmuje co się dzieje i prosi: czy może pan powtórzyć swoje pytanie za około 2 minuty? 

Kiedy odwracam głowę okazuje się, że Hugh Grant przechodzi 4 metry obok mnie. Żeby go zobaczyć muszę się odchylić, bo koleżanka nagrywa filmik swoim aparatem fotograficznym. Jest niższy niż mogłoby się wydawać. Mnie jednak nie interesuje jego wygląd. Czekam na to, aż usłyszę najważniejsze narzędzie uwodziciela. Jego głos. Głęboki i czysty. Brytyjski akcent zdaje się tańczyć pomiędzy zdejmowanymi słuchawkami z tłumaczeniem. W przeciwieństwie do innych członków panelu pan Grant wie, że zacząć przemowę należy od żartu. Szybko przechodzi do konkretów i w prosty, tak obcy politykom sposób nakreśla problematykę naruszenia wolności osobistej przez brytyjskie (i nie tylko) media. Jego przemowa, kończy się szybko i pozostawia niedosyt.


Inni paneliści zabierają więcej czasu, a ich mowa jest kwiecista i pełna półsłówek kryjących drugie dno. Mówią językiem polityki, widać że są częścią gry. Jednak gwiazda aktora miała dopiero zabłysnąć w sali plenarnej w momencie, gdy nadszedł czas na otwarte pytania. Hugh szybko zmonopolizował dyskusję, która obracała się wokół konglomeratu medialnego Silvio Berlusconiego. Przedstawicielka Włoch z powagą broniła swojego kontrowersyjnego mocodawcy podczas, gdy Hugh wpuszczał ją coraz głębiej w maliny kolejnymi pytaniami. Powaga Włoszki i subtelny sarkazm i lekkość słów Brytyjczyka szybko obnażyły absurdy włoskiej sytuacji medialnej. Sala ryczała ze śmiechu, gdy przedstawicielka Włoch przypadkiem wyznała, że Silvio Berlusconi nie jest właścicielem, żadnej gazety. Jest nim jego brat. Nawet Hugh nie mógł powstrzymać śmiechu. Dlaczego ten czarujący Brytyjczyk zaangażował się w polityczną akcję przeciwko mediom? Powody są o wiele mniej czarujące.

 Tweety były wyświetlane w real-time w trakcie debaty.

Trzy tygodnie wcześniej.
Siwe włosy to oznaka doświadczenia. W tym przypadku na to doświadczenie niewątpliwie składa się przyzwyczajenie do nieustannych błysków fleszy. Z pogodnej twarzy Jerzego Buzka nigdy nie schodzi delikatny i ciepły uśmiech. Zdaje się, że przemówienie byłego już przewodniczącego Parlamentu Europejskiego odciągnęło wszystkich od przepysznych kanapek z łososiem i lampek wina. To naprawdę nie lada wyczyn. Skupienie ogniskuje się w jednym punkcie. Delikatna i pełna subtelności przemowa Jerzego Buzka szybko się kończy. Kolejni prelegenci muszą się zmagać z konkurencją byłego premiera, który otoczony został już przez wianuszek młodych dziewcząt. Dokładnie w momencie, gdy zakończyło się ostatnie przemówienie Jerzy Buzek został pochłonięty przez dziewczęcy tłum. Poruszał się w nim jak ryba w wodzie, zagadując i uśmiechając się do każdego (a właściwie każdej). Kolejka do zdjęć jest nie do pokonania, więc koncentruję się na doskonałych zakąskach przygotowanych przez polską delegację. Jak dotychczas doświadczenie podpowiada, że to Polacy organizują najlepszy catering. Po kilku pysznych skibkach i lampce wina orientuję się, że kolejka fanek Buzka nie zdążyła nawet zmaleć. Na twarzy byłego premiera widniał ciągle ten sam dobrotliwy uśmiech.


Trzech mężczyzn. Mistrzowie słowa. Każdy z nich najlepiej czuje się w damskim towarzystwie. Polityczny gladiator, aktor i energiczny senior. Uwodzenie to ich sposób na życie. Żaden z nich już nie gra o słowa. Oni się w nich rozsmakowują. A ich słuchacze wraz z nimi.

Tuesday, June 26, 2012

Gra o słowa

Szybkie wyjście z biura. Ostatnie spojrzenie czy okno zamknięte. Komputer ciągle na chodzie, nie ma sensu go wyłączać. Na ekranie widać okienko internet eksplorera. Gdyby obserwator miał więcej czasu to zauważyłby, że w eksplorerze otwarte jest ponad trzydzieści zakładek. Gdyby, miał jeszcze więcej czasu to zauważyłby, że otwarte jest nie jedno okienko a trzy. I każde ma po trzydzieści zakładek. Jednak nie miałem tyle czasu i jedyne okno, na które spojrzałem było zamknięte i nie migało dziesiątkami tekstów, analiz i emaili. Odruchowo zamykam drzwi, by piętnaście kroków później zacząć się zastanawiać czy rzeczywiście to zrobiłem. Muszę zaufać swoim odruchom, nie ma czasu na myślenie teraz. Dobrze, że każdy z Eurodeputowanych obwiesza ściany wokół swojego biura plakatami konferencji jakie zorganizował. Wielobarwne postery działają jak system znaków drogowych w szaro-niebieskich korytarzach, gdzie każdy wygląda tak samo. Gdyby nie te krzykliwe znaki poselskiej aktywności jeszcze gotów byłbym iść nie do centralnego budynku, a w stronę wręcz przeciwną do do jądra ciemności.(Nie no bez żartów. Nikt nie chodzi do jądra ciemności). Klepię się po kieszeniach. Odruch potwierdza, że zabrałem ze sobą notatnik i długopis z dumnym lwem ECR'u. Jak można iść na konferencję bez własnego notatnika? A ta konferencja zapowiadała się nietuzinkowo.
Do sali wkroczyli dumnie i pewnym krokiem przedstawiciele Polski. Silni wiedzą, analizami i ostrymi jak brzytwa faktami zasiedli przy okrągłym stole. Dookoła, z lewej i z prawej zaczęli powoli, z lekko wyczuwalną nutką arogancji zasiadać adwersarze. Pstrokata zbieranina. Na trybunach zasiedli widzowie (w tym jeden z moich elektroszpiegów). Tylko tłumacze odcięci przez ciemną szybę, zamknięci w szklanej klatce ze słów i języków nie wyczuwali napięcia w sali. Pewnie są tam odizolowani, żeby nie pouciekały im słowa, jak niesforne ptaki, które jak raz wyfruną z klatki latają w podnieceniu po pokoju odkrywając nowe dla siebie światy. Na twarzach tłumaczy za ciemną szybą nie można było dostrzec nic z tych emocji. A tymczasem powietrze w sali konferencyjnej gęstniało z minuty na minutę.
Pionki zostały ułożone na planszy. Gracze rozpoczęli swoją partię. Strategia Polaków była prosta. Od razu wytoczono ciężkie działa. Grube analizy, grubych instytucji. Przedstawiciele polskiego przemysłu przedstawiający krok po kroku, dokładnie i systematycznie wpływ środowiskowych polityk unijnych. Ofensywa wbiła się głęboko w planszę i zajęła centralną pozycję. Każda akcja wywołuje reakcję, a na reakcję zielonych nie trzeba było długo czekać. Co więcej, zdążyli wcześniej przeprowadzić podkop.
Przed zebraniem wysłali do wszystkich zaproszonych gości list, który próbował podkopać merytorykę polskich analiz zarzutami o stronniczości i podkreślając finansowanie ich przez wielki przemysł energetyczny. Widać było, że Polacy nie po raz pierwszy spotkali się z tą taktyką. Pan doktor zbijał po kolej każde argumenty, a jego mowa była jak świst szabli. Podkop przeszedł bokiem. Polacy utrzymali swoje centralne pozycje.
Nieoczekiwane wsparcie od europejskich węglowców przywróciło merytorykę dyskusji. Nieubłagany upływ czasu wypędził prelegentów i resztę graczy przed salę wprost w objęcia cateringowego lunchu. Pyszne kanapki z pesto i pomidorem nie zamknęły jednak ust dyskutantów. Okrągła sala konferencyjna skupiała debatę jak w soczewce, lunch rozczepił ją na kilka, również okrągłych, stołów. Opowiedzenie się po jednej ze stron dawało rezultat w postaci kieszeni wypełnionej wizytówkami. Krążąc niczym elektron walencyjny pomiędzy atomami można było uzbierać całkiem niezły stos czarno-zielonych wizytówek. Nawet na lunchowe rozmowy nie było jednak zbyt wiele czasu. Kolejne obowiązki domagały się swojego udziału z dwunastogodzinnej tablicy zegara.
Później asystentka tłumaczyła mi, że to nie chodzi o prezentowanie stanowiska, tylko o słowa, które ostatecznie znajdą się w legislacji unijnej. To ironiczne, że cała gra rozgrywa się między słowami.

Zanim wróciłem do biura, zajrzałem jeszcze do innej asystentki. "Lubisz Hugh Granta?" "Hugh Granta?" "No, ten z Notting Hill" "TAK! Ale czemu? "Będzie jutro w Parlamencie o 12.00, zaraz wyślę Ci informację ze szczegółami" "Skąd wiesz, że będzie?" "Elektroszpiedzy".

Mała baza moich własnych "śpiewających ptaszków" rozrosła się trochę przez ostatni miesiąc. Piotrowi do Petyra jednak jeszcze bardzo daleko. Może do końca jeszcze nie rozumiem jakie są zasady tej gry. Ale się uczę.



Sunday, June 24, 2012

Impresje nieuczesane

Tym razem nie szykuję zabawy konwencją i wymienię rzeczy, które trudno mi wpleść w jakąkolwiek spójną narrację, a które uważam są godne odnotowania:

- Bruksela to jak dotąd jedyne znane mi miasto, w którym potrafi być na raz zimno i ciepło. (Serio! W ciągu minuty można zdążyć się spocić, trząść z zimna, i ponownie się zgrzać).
- W budynku La Viale potrafi być chłodniej niż na dworze, gdzie i tak jest zimno. Dlatego o poranku nie biorę chłodnego prysznica, który ma mnie obudzić, a raczej funduję sobie gorącą saunę, która ma mnie rozgrzać w tym zimnym świecie.
- Jak na ponad milionowie miasto ulice Brukseli wydają się być całkowicie puste. Belgowie najwyraźniej preferują rozrywki w zaciszu swoich wysokich i wąskich domów. 
- Codzienne spotykanie ludzi, którzy mają swoje opisy na Wikipedii jest całkiem zabawne. 
- Belgijscy kelnerzy (czasem też kelnerki) zachowują się w sposób wybitnie prostacki, żeby nie rzec chamski. Przeganiają gości z ławek, raz chcieli wyrzucić siatkę z naszymi rzeczami do śmietnika! Podobno najgorzej ze wszystkich obsługiwani są Francuzi.
- Książka prof. Jana Zielonki "Europe as Empire" to straszny gniot. Nie polecam.
- Ilość sarkazmów latających pomiędzy członkami wspólnoty La Viale dorównuje, a czasem nawet przekracza ilość obraźliwych słów wymienianych przez dwóch najbliższych przyjaciół. To się nazywa wspólnota.
- Jeśli porównać Mszę Św. do posiłku to msze po angielsku i francusku przypominałyby szwedzki stół z prostym białym obrusem. Polska msza byłaby wtedy biesiadą z tłustymi potrawami i karmazynowym grubym obrusem.
- Kościół św. Sakramentu (integralna część La Viale) w trakcie mszy po francusku wypełniony jest ledwo w jednej czwartej. Angielska msza wypełnia cały kościół (w 90% są to chrześcijanie z Afryki lub Filipin. Fajnie śpiewają).
- MEP może cały czas zajmować się poważnymi sprawami i latami walczyć jak lew o polskie interesy gospodarcze, a i tak do mediów przedrze się tylko jego udział z głosowania nad ACTA, na którym był w zastępstwie. (To nieuczciwe! Nie! "Zamawiasz ciepły kotlet a dostajesz zimną rybę)
- Wgryzając się w stronę Komisji Europejskiej wystarczająco głęboko można znaleźć numer na telefon komórkowy Hermana van Rompuya i Donalda Tuska.
- Dla tych, którym jeszcze nie mówiłem. Na cały miesiąc udało mi się spakować w bagaż podręczny (9.7 kg). Dwa garnitury i laptop included. 
- Pomimo tego, że wziąłem ze sobą 10 par skarpet i piorę je ręcznie to po 3 tygodniach mam już tylko 9 i pół pary. Dobrze, że jestem tutaj tylko na miesiąc. (Zadanie na maturę podstawową z matematyki: Oblicz ile czasu musiałby spędzić Piotr w La Viale, żeby stracić wszystkie skarpety).

Pytanie konkursowe: o jaką książkę chodziło autorowi w poprzednim wpisie? Do wygrania pudełeczko belgijskich pralinek.

Saturday, June 23, 2012

Piotr

"Rozmawiałeś z nim pół godziny?" przez mały lasek można było usłyszeć zaskoczony głos stażysty.
"No tak, całe pół godziny!" Piotr dopiero teraz uświadomił sobie, że tak długa rozmowa z Europosłem to ewenement. Próbował sobie przypomnieć jak długo łącznie rozmawiał ze swoim własnym Europosłem. Maksymalnie 10 minut. Nawet nie, mniej. To były tylko zdawkowe zdania i polecenia. Na pewno nie więcej niż 7, pomyślał.
Nagle coś co wydawało się całkiem normalne urosło do rangi małego osiągnięcia. W rzeczywistości sposób w jaki Piotr wszedł na zamknięte spotkanie z posłem Kurskim był omówiony już dzień wcześniej i przygotowany w małych szczegółach.
"Skąd pan wiedział, że tutaj będę?" zapytał zdziwiony poseł. "Dowiedziałem się od jednego z szeptających ptaków", enigmatycznie odpowiedział Piotr, by później wyjaśnić cały proces przebijania się przez nadmiar informacji i odpowiedni ich przesiew. W końcu na tym głównie polegała jego praca. Przez głowę przeszła mu cyniczna myśl. Stażysta to tylko filtr. Jego byt uzasadnia tylko szum informacyjny. Przez chwilkę wydawało się Piotrowi, że na twarzy posła dało się zobaczyć nutkę podziwu. A może sam chciał ją tam widzieć. A rozmowa ciągnęła się dalej jak korytarze Europejskiego Parlamentu, którymi spacerowali.
Drzwi biura posła Kurskiego, do którego doszli ucięło jednak przyjemną pogawędkę o piosenkach Kaczmarskiego, polityce energetycznej i niewiedzy dziennikarzy.
Informacje. Niby, żyjemy w społeczeństwie informacyjnym, ale te najważniejsze, na wagę złota są pochowane jak jakieś skrzynie ze skarbami na dnie oceanów, czy w jaskiniach.
"To ja ze swoim posłem nie gadałem nawet tyle przez miesiąc" powiedział stażysta do Piotra, rozsiadając się na murku obok lasku. Nie Ty jeden. "To chyba taka tendencja" odpowiedział Piotr. "Ten przeszklony parlament tworzy większe, jak to się mówi, szklane dachy...".
"Chyba szklane sufity" wrzuciła stażystka , dosiadając się.
"Tak właśnie szklane sufity. Zauważyliście chyba, że asystenci nie trzymają się ze stażystami, a posłowie nie trzymają się z asystentami? Wszyscy obracają się tylko w obrębie własnych, w zasadzie administracyjnie utworzonych grup"
"Lepiej powiedz jak się wkręciłeś w to spotkanie?" pyta stażystka, pochylając się do przodu, jakby Piotr miał wyszeptać jakąś tajemnicę. Stażyści w Europejskiej Przystani, kiedy się poznają zawsze muszą zadać to jedno oczywiste pytanie. Jak udało Ci się załatwić tu praktyki? Piotr już wiedział, że każdy z nich miał ciekawą historię do opowiedzenia. Każdy miał swój sposób, żeby dopchać się do dworu w Europejskiej Przystani. Niektórzy dzielili się swoją wiedzą ochoczo, niektórzy przemiliczali wiele. Jakby chcieli ochronić swoje skarby z dna oceanu. Za tą myślą przyszła jednak kolejna. Bezczelna, rozpychająca się w umyśle jak łysy karkol rozpychający się w trakcie oglądania meczu Polska-Grecja, w polskim barze u podnóży Europejskiej Przystani "U Pani Basi". You know nothing. Przynajmniej wiem, gdzie w Komisji są wolne miejsca na staże. Piotr próbował się pocieszyć. Informacje o posłach, którzy od jakiegoś czasu nie mieli stażysty są w Europejskiej Przystani na wagę złota. It is known.
Dopiero znajomy i przyjazny dźwięk otwieranego napoju wyrwał Piotra z zamyślenia. "Jak możesz pić polskie piwo, jak jesteśmy w Belgii!?"
"No co, to najtańsze piwo u pana w turbanie" Kolejna informacja. Niby błaha i nieważna, ale trzeba zapamiętać. Piotr przypomniał sobie pewną opowieść o pysznej królowej regentce, która z pozycji siły oznajmiała dumnie, że władza to władza. Nie wiedziała jednak wszystkiego. Wpadła w pułapkę, o jakiej często zapominają prominentne rody. Informacja to władza.
"Coś Ty taki zamyślony dzisiaj? Siadaj i kończ to piwo, zaraz mecz. " - jowialnie, zawołał stażysta i zrobił miejsce na murku przy lasku. W momencie kiedy Piotr brał ostatni łyk z małej szykownej, belgijskiej buteleczki wiedział, że zaraz ruszą na wypełniony kibicami Plac przy Europejskiej Przystani. Przez głowę przeszła mu ostatnia poważna myśl tego wieczoru. A więc to prawda. Wystarczy przeczytać jedną książkę, żeby zrozumieć jak działa ten świat. Nie miał zamiaru jednak dzielić się tą informacją z innymi. To był jego skarb zakopany na dnie oceanu.

Wednesday, June 20, 2012

Leją po całości

Czym jest Belgia? Kraj bez historii, bez narodu i przez ostatni rok nawet bez rządu. Podzielony na dwie części, z dwoma językami w użyciu. To nie król jednoczy to państwo. To nie Bruksela jednoczy to państwo. To nie obecność unijnych instytucji ratuje kraj przed rozpadem.
Najważniejszym spoiwem jest gęsta, tłusta i biała maź:

MAJONEZ

Belgowie jedzą wszystko z majonezem.
Frytki? Leją po całości.
Chleb zamiast masła smarują majonezem.
Na obiad makaron z serem i majonezem.
Maczają drogi ser camembert w majonezie.
Krewetki podają z majonezem.
Zamiast zapiekanek jedzą karabin maszynowy:
mitrailleuse czyli bagietka z frytkami, szynką i majonezem!

I o ironio nie znają majonezu Pegaz.

PS. Od dwóch dni nie padało. Włoch Czesko poparzył się na słońcu w Brukseli. Nie możemy przestać się z niego śmiać.

Deklaracja Praska

Deklaracja praska
Zasady grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w Parlamencie Europejskim
Świadomi konieczności przeprowadzenia reform w Unii Europejskiej w oparciu o eurorealizm, otwartość, poczucie odpowiedzialności i zasady demokracji, jednocześnie szanując suwerenność narodową naszych krajów oraz koncentrując się na ożywieniu gospodarki, wzroście i konkurencyjności, my, członkowie Grupy europejskich Konserwatystów i Reformatorów podzielamy następujące zasady:
  1. Wolna przedsiębiorczość, wolny i uczciwy handel i konkurencja, minimum regulacji, niższe podatki i mniejszy udział rządu jako czynniki najlepiej zapewniające wolność osobistą i dobrobyt w wymiarze jednostkowym i narodowym.
  2. Wolność jednostek, większa odpowiedzialność osobista i większe poszanowanie zobowiązań wobec demokratycznych wartości.
  3. Trwałe dostawy czystej energii z naciskiem na bezpieczeństwo energetyczne.
  4. Znaczenie rodziny jako fundamentu społeczeństwa.
  5. Integralność i suwerenność państwa narodowego, sprzeciw wobec unijnego federalizmu i przywrócenie poszanowania zasad prawdziwej subsydiarności.
  6. Nadrzędność transatlantyckich więzi bezpieczeństwa w dynamicznym i skutecznym NATO i poparcie dla młodych demokracji w Europie.
  7. Skuteczna kontrola imigracji i położenie kresu nadużywaniu procedur azylowych.
  8. Wydajne i nowoczesne usługi publiczne oraz wrażliwość na potrzeby wspólnot miejskich i wiejskich.
  9. Położenie kresu marnotrawstwu i nadmiernej biurokracji oraz zobowiązanie się do większej przejrzystości i uczciwości w instytucjach UE i w dysponowaniu funduszami unijnymi.
  10. Poszanowanie i równe traktowanie wszystkich krajów UE, nowych i starych, dużych i małych.

Monday, June 18, 2012

Miasto małych miejsc

Ogromne budynki dzielnicy europejskiej wybijają się ponad starą tkankę mieszczańskiego miasta. Tysiące małych słońc odbitych w kroplach przelotnego deszczu odbijają swoje światło od przeszklonych gór zbudowanych przez człowieka. W dole czarne i granatowe mrówki pędzą ze swoimi aktówkami i chronią się przed nagłym atakiem deszczu. Powinienem częściej wjeżdżać na 14 piętro parlamentu. Ciekawy widok.


Czas obiadu, czas zjechać na dół do mrowiska i wybiec na Esplanadę wraz z innymi. Tym razem jednak nie pędzę z powrotem do La Viale lecz udaję się w przeciwnym kierunku. Wystarczy zadrzeć głowę do góry by zobaczyć szklaną pułapkę, z która przed chwilą była punktem widzenia mojego świata. Przechodzę w okolice ronda jednego z ojców założycieli Schumana i patrzę na potężne ciosane kloce, które stanowią schronienie dla tysięcy eurokratów. Obok piętrzą się żurawie i place budowy, które wiele mówią o tym, gdzie ulokowany jest potencjał rozwojowy tego podupadającego miasta. Jak mutacja na tkance ciała, eurobudynki tworzą nową strukturę i nową jakość. Idę jednak dalej.

Nazwy ulic brzmią zachęcająco. Archimedes, Franklin itd... Z sympatii do drukarza z Filadelfii podążam pod górę i czuję jakbym nagle znalazł się w miejscu, które mogło być nieślubnym dzieckiem Paryża i poznańskich Jeżyc. Urocze kawiarnie w cieniu wielkich lip, restauracyjki zachęcające do wypicia chociaż jednej espresso. Woda z liści jeszcze sporadycznie kapie, a krople rozbryzgują się na powierzchni okrągłych czerwonych stoliczków. Kelnerzy podchodzą do niektórych, przecierają szmatką i zapraszają do swoich restauracyjnych przystani.

Nieopodal w Jubelparku (zwanym też parkiem Pięćdziesięcolecia) międzynarodowa grupa młodych ludzi gra w frisbee. Ogromny łuk triumfalny rzuca majestatyczny cień na grających, którzy nie mają czasu na napawanie się jego pięknem. Ważniejsze w tej chwili jest przejąc dysk od drużyny przeciwnej. W grupce zapaleńców frisbee rozpoznaję znajomych z La Viale! Kto by pomyślał, że w deszczowej stolicy Belgii będę mieć przyjemność rozegrać pełnoprawny mecz Ultimate Frisbee? Śliska od deszczu trawa nie przeszkadzała tak bardzo, a intensywny mecz przyniósł moment sportowego zatracenia. Dla mrówki zasiedzianej w biurze taki ruch okazał się zbawienny! Mrówki też muszą biegać, trzeba je wypuszczać z terrarium. Wydłużający się cień łuku triumfalnego to sygnał, że dzień ustąpi swego miejsca nocy i najwyższy czas przerwać mecz.

W nocy wszystko wygląda ładniej. Półmrok maskuje niedoskonałości dziurawych i chropowatych chodników, a światło latarni czyni uliczki powabnymi. Słoneczny długi wieczór zachęcał do wyjścia. Dlaczego nie? Włoska krew Czesko rwała się do tutejszych kobiet, więc postanowiłem wesprzeć go w staraniach jako skrzydłowy. Latynoskie rytmy Havana Club nie są moimi ulubionymi, ale Czesko się spełnia na parkiecie. Nasze akcje podbijania do półtrzeźwych niewiast kończą się opowiadaniami, które można przeczytać na stronie żal.pl więc Czesko traci ducha i chce iść do domu. Kiedy wychodzimy z klubu Czesko otrzymuje dar z nieba. Telefon od znajomej z Maroko z pytaniem czy jeszcze jest w mieście. Jako, że nie byłem zbytnio zainteresowany czekaniem w nocy udałem się na spoczynek. Czesko jednak wiernie stał na warcie. Czekał dwie godziny. Następnego dnia mówił, że się opłaciło. Ale to Włoch, jeśli chodzi o kobiety to mu nie ufam.



Bruksela jest jak układanka z puzzli. Dopiero po czasie zaczyna nabierać kształtów i zaczynasz widzieć pełen obraz. Zanim to jednak nastąpi musisz poznać małe kawałki, klocek po klocku. To czasochłonny proces, a nie każdy chce ten czas inwestować. Cały czas nie wiem czy to dobra inwestycja, ale przekonałem się o jednym. Bruksela da się lubić.



True story.

Wednesday, June 13, 2012

King in the (N)north? Czyli nie wywołuj wilka z lasu.

Wszystko zaczęło się w zeszłym tygodniu całkiem niewinnie. Siedziałem wtedy w biurze odkrywając złożoności europejskiej polityki energetycznej i wykorzystując autorytet biura poselskiego by pozyskać informacje, które normalnie kosztują setki tysięcy euro. Zaangażowany w projekt siedziałem w ciszy i jedyny dźwięk jaki wydawałem to stukot klawiatury. Obok asystentka posła musiała być równie zapracowana, gdyż z jej strony również dochodziły korespondujące dźwięki klawiaturowych układające się w awangardowy utwór późnej nowoczesności. Za oknem deszcz wygrywał swoją własną odwieczną pieśń.

Z pracoholicznego letargu wyrwało nas pukanie do drzwi. Mimowolnie wyrwało mi już się "come in please".
Do biura wszedł, a w zasadzie wtargnął południowo wyglądający pan i jego zgrabna asystentka. Rzut oka na badge i już wiem, że mam doczynienia z MEP'em z Cypru. Poseł wszedł prędko do biura naszego MEP'a, asystentka zaś została z nami. Przynajmniej przez ten krótki moment oddechu miałem przyjemność zaznajomić się z uroczą Cypryjką. I w momencie, kiedy rozmowa zaczynała się kleić z biura wyszli Europosłowie. Dokończyli coś uzgadniać i Cypryjski MEP zabrał swoją czarnowłosą nimfę wraz z nim. Wychyliłem głowę za drzwi lecz oni  rozpłynęli się już w szarych korytarzach Parlamentu jak we mgle.

Cała historia została natychmiast przeze mnie zapomniana i nie przywoływałbym jej tutaj, gdyby nie to co miało wydarzyć się później.

Kolejne dni przyniosły kolejne melodie wygrywane na klawiszach laptopów. Nowe sprawy, nowe projekty i nowe zadania. Przygotowania do sesji plenarnej w Strasbourgu szły pełną parą. W całym tym zamęcie przygotowywaliśmy jeden niezbyt ważny dokument dotyczący północnego Cypru. Treść noty była chyba sporządzona przez cypryjską asystentkę, której ulotne wspomnienie z trudem próbowałem przywołać ledwie po tygodniu po spotkaniu. Nota była napisana bardzo dokładnie i nie mogliśmy jej nic zarzucić. Tylko jeden mały szczegół zwrócił naszą uwagę. W jednym zdaniu opisane było territory of north Cyprus. Forma wydała nam się niepoprawna i w zasadzie automatycznie zmieniliśmy ją na Northern Cyprus.
I gdy już Poseł wyjechał do Strasbourga. Gdy nastała cisza, gdy lokomotywa zwolniła obroty, nikt nie przewidział, że będzie jeszcze zdolna do gwizdu. A gwizd ten był długi i donośny.
Kiedy jak co dzień przyszedł przyszedłem do biura równo o godzinie 9.00, zdjąłem, otrzepałem kurtkę przeciwdeszczową i dałem jej odciec z wody. Myślałem, że jak co dzień będę mieć co najmniej pój godziny ciszy i w spokoju przejrzę prasę. Jednostajny dźwięk deszczu szybko przerwał telefon. O 9.05? Już? Tak wcześnie? Niebywałe, kto to może być o takiej porze, gdy biura ledwo ruszają a asystenci ledwo włączają komputery i już telefon? W słuchawce odezwał się tubalny głos Cypryjskiego MEP'a. Przez dziesięć minut tłumaczył mi, że zaszła straszna pomyłka i jakże to w oficjalnym dokumencie unijnym ma być Northern Cyprus? Jak to tak? Co to k%@$a jest?! Że co, że niepodległość uznajemy Tureckiej Republiki Cypru Północnego? To oferujemy pomoc wcześniej, a teraz zdrada?! Zaskoczony szukam słów i dukam coś o asystentce, która wszystko wie i załatwi.

Całe szczęście, że asystentka wchodzi do biura, szybko tłumaczy, że można dokument jeszcze zmienić i nie ma problemu. Telefon, który odezwał się dziesięć minut później utwierdził nas w przekonaniu, że problem jednak jest. Dokument już jest tłumaczony na inne języki. Trzeba albo szybko (teraz!) zmienić jego treść, albo najlepiej całkowicie go cofnąć, albo nie wiem co! My też nie wiemy co! I co?
Cały dzień nękani telefonami i kolejnymi propozycjami rozwiązania problemów nasuwały nam coraz to kolejne myśli o tym dlaczego Grecy muszą tak wszystko komplikować i dlaczego grecka gospodarka jest w takim położeniu w jakim jest. Dzisiaj poza telefonami w trakcie lunchu i dostaliśmy też propozycję kolejnego dokumentu. Tym razem naprędce napisaną i pełną błędów. Nie możemy jej tak puścić dalej. Kogo tu winić? Szkolny nawyk by poprawiać błędy ortograficzne? W poprzednim poście zamieściłem obrazek globu do góry nogami. Teraz czuję jakby ten glob wybrał się do wesołego miasteczka pełnego absurdu i karuzel. Postmodernistyczna kakofonia klawiatur została zastąpiona przez dzwonek telefonu, który przypomina brzęczenie zabawki lub dźwięk wydawany przez kolorowe buty klauna, gdy ten śmiesznie chodzi między dziećmi w przedszkolu.

Choć ta historia nie zna jeszcze swego zakończenia, to myślę, że wystarczającym komentarzem zamykającym będzie stary kawał jednego z braci Marx: Jeśli ktoś wygląda jak idiota, zachowuje się jak idiota, to nie dajcie się zwieść. To jest idiota.

Tuesday, June 12, 2012

What's wrong with Europe?

Nothing


Tak się próbuje zwrócic uwagę ludzi w PE i w tysiącach maili. Krzykliwy róż i żałowy obrazek...

Monday, June 11, 2012

Pomidor i oliwa na wyspie na skraju świata.

Lunch to moje prawo i mój przywilej. To moja przyjemność. Nie muszę biec do metra by dojechać do domu. Nie muszę żuć gumiaków serwowanych w parlamentarnych kantynach. W większości przypadków lunch stoi ciepły i gotowy, a zapach jego dobiega do nosa, zaraz po przekroczeniu progu wspólnoty.
Nie wszyscy członkowie La Viale korzystają z lunchowej chwili spokoju. Dlatego spotykam w zasadzie samych starszych jezuitów i ich czcigodnych gości. Sami przedstawiają się jakby byli moimi dobrymi kolegami z ulicy, a później w spokoju wstają i powoli myją naczynia. O ich czcigodności dowiaduję się dopiero kiedy brat Therry uświadamia mnie z kim właśnie rozmawiałem. Nawet arcybiskupi przekraczający progi La Viale, zdają się respektować zasady życia we wspólnocie.

Jeden z anonimowych braci zawsze wita mnie łagodnym uśmiechem i towarzyszy mi przy posiłku. Nie jest jednak jedynym towarzyszem. Resztę krzeseł zajmują jego opowieści. Siadają razem z nami, przymykają oczy i bujając się z jednego boku na drugi, potulnie słuchają.

A są to opowieści o dzikiej wiosce, o której nikt wcześniej nie słyszał. Skryta wśród gór do zaoferowania ma jedynie piękno zamyślone w planie Stwórcy. To właśnie tam grupa ludzi postanowiła własnymi siłami stworzyć swoją małą ziemię obiecaną. Coś z niczego. Kamień na kamieniu, zaprawa i praca ludzkich rąk powoli odtwarzała dzieło kreacji. Na skraju niczego, u pana Boga za piece w południowej Francji, gdzieś przy granicy z Prowansją powstała wspólnota La Viale.

Taize? Pyta brat? Taize to cywilizacja. Tak się składa, że leży dokładnie w połowie drogi do La Viale. Można tam wziąć ostatni oddech kultury. Później jest już tylko dzicz. W naszej skromnej budowli mamy zawsze dwóch nietypowych sąsiadów. W rogu zagnieździła się para orłów. Nie przeszkadza im towarzystwo cichych mnichów. Tak bardzo zżyli się oni z tym miejscem, że orły nie zwracają na nich uwagi.

Ale spójrzmy w inną stronę. Opowiadałem Ci już jak pracowałem w szpitalu w Jerozolimie? Jeden Żyd odmawiał leczenia rany postrzałowej bo był Szabat. Co to był za człowiek! Ah, już Ci o tym opowiadałem?
To może historia o mojej misji w Japonii. Trudno jest przebić się przez barierę kultury. Język wszędzie jest ten sam. Ale kultura, wartości w ludziach to co innego.

- Jak to język jest ten sam?
-Nie rozumiesz, to Ci wytłumaczę. Opowiem Ci historię.

Po moim pobycie w Japonii i Chinach miałem dość cywilizacji. Dość tego hałasu, ciągłych dyskusji i pędu. Postanowiłem być jak mój sąsiad orzeł i wrócić do gniazda. Jak prosty tułacz popłynąłem na wyspę na krańcu świata. Kupiłem woreczek pomidorów, oliwę i poszedłem na plażę. Czując ciepło słońca postanowiłem usiąść na piasku i pożywić się sokiem pomidorów. Kiedy tak siedziałem, kosztując owoce natury, usłyszałem krzyk. To zza wzgórza wołała mnie jakaś kobieta. Kiedy do niej podszedłem okazało się, że ma domek na tej wyspie, gdzie mieszka wraz z mężem. Byli sami, bezdzietni i biedni. Widząc, że jem zaprosili mnie do siebie i podzielili wszystkim co mam. Za to przyjęcie pomagałem im pracą. Było ich tylko dwoje, a pracy zawsze wiele. Byli oni bardzo prości, nie potrafili czytać, a ja nie rozumiałem ich języka. Nie było to z resztą potrzebne. Ich słowa przejawiały się w czynach. To byli bardzo boży ludzie. Przyjęli mnie jak syna. Wtedy każde śniadanie składało się z moich własnych pomidorów i oliwy.  Podobne do tych, które teraz jesz.

Ale, cóż to? Skończyłeś już swój lunch? To biegnij, pewnie już czekają na Ciebie w biurze.

Friday, June 8, 2012

Sorry za spam

Niedawno napisałem o zderzeniu z rzeczywistością. Nie było tak dramatyczne jak wynikało z opisu, bo przecież nie taki diabeł straszny jak go malują.
Czym się zajmuję w pracy?

Dzień zaczyna się zwyczajnie. Poranna modlitwa, skupienie, a potem przyjacielskie rozmowy przy stole. Wszystko bez pośpiechu bo wstajemy na dwie godziny przed pracą. Również do biura udaję się niespiesznie spacerując po Esplanadzie pomiędzy falistymi budynkami Parlamentu. Jeśli mamy szczęście to odbija się od nich złociste poranne słońce. Jeśli jest normalnie to wieje i pada deszcz. Nikt na niego nie zwraca uwagi.

Przejście przez szklane drzwi i od razu robi się chłodniej. Wnętrze Parlamentu to mikrokosmos, który ma swój mikroklimat. Wita mnie znajomy uśmiech dwóch strażników, którzy czekają, aż wyjmę znajomą im komórkę i położę ją w plastikowym pudełeczku. Z uśmiechem popycham pudełeczko przez rentgen i bezpiskowo przechodzę przez bramkę. Szybko windą na drugie piętro, zahaczyć o pocztę (znowu sterta listów od firm, mediów, uczelni i innych MEP'ów). W wąskim korytarzu wpadam jeszcze na biegnącego gdzieś MEP'a Migalskiego, który rzuca żartami do biegnących za nim dziewcząt. Jeśli ma się prawdziwe szczęście to obok przejdzie również gwiazda nieblednąca, rockstar parlamentu Nigel Farage. Gbur. Ale jak pięknie mówi.

Przekluczam zamek, wchodzę do biura i automatycznie uruchamiam komputer. Patrzę przez okno, znowu leje. Kiedy siadam i próbuję odczytać emaile, oślepia mnie intensywne słońce. Wkurzony chcę zasłonić okno, ale znowu zaczęło padać. Maile, maile, maile. Są ich tysiące, a nawet setki. Każda konferencja, każdy public hearing jest reklamowany na miesiąc przed. Potem dostajesz przypomnienie co kilka dni. Na tydzień przed codziennie. Dwa dni przed kilka razy dziennie. Do tego dochodzi regularna korespondencja między instytucjami i MEP'ami. No i spam. Co trzeci email przeprasza za spam. Spam to prośby asystentów i stażystów szukających noclegów w Strasbourgu, szukających miejsca w samochodzie jadącego do Strasbourga. Spam to informacje o mieszkaniach, albo prywatne reklamy tych mieszkań. Przepraszają za spam wszyscy, którzy chcą załatwić sprawę prywatnie lub półprywatnie. Przepraszają szukający kolejnego stażu, przepraszają wysyłający zdjęcia z jakiegoś wydarzenia. Dzień dobry, fajny pokój widziałem tylko 680 euro i 30 minut autobusem do parlamentu. Przepraszam za spam. Spam, spam, spam.



Woda za oknem ścieka bystrze jak w wodospadzie Szklarka. Zanikający, buchający, nieregularny odgłos deszczu już nie zwraca mojej uwagi. Nie może jej zwracać. Pan Poseł jest w biurze. Ciągle potrzebuje kolejne informacje. Projekt na czwartek? Dobrze, że już go skończyłem bo teraz bym się nie wyrobił. Pytanie za pytaniem, konspekt za konspektem. Wysyłam je najpierw do asystentki, potem sprawdzam drugi raz. O pomyłce nie może być mowy. Poseł ich nie lubi. Powaga i zmartwienie na jego twarzy świadczy o tym, że czwartkowy konspekt, który udało się już napisać jest dużo ważniejszy, niż myślałem. Poseł wychodzi. Po kilku minutach wraca, z wydartym naprędce kawałkiem gazety. Kładzie ją przed nami i rozwija krok po kroku ostrą jak ostrze brzytwy wizję. Jej rozmach przekracza granice mojego pojmowania. Jej wielkość i znaczenie budzą we mnie mieszankę uczuć podobną do tygla za oknem. Teraz akurat słońce znów świeci, jakby chciało komentować wizję Posła. Później w nocy nie mogę zasnąć przez setki myśli kłębiących się w głowie. Nawet wyciszająca modlitwa wieczorna w La Viale nie była w stanie pomóc.

Konferencje, biegnij szybko słuchaj czy nie forsują za dużo. Siedź cicho i notuj. Biegnę przez labirynt korytarzy, szybko jedną windą do góry, potem marsz przez centrum i czekanie na kolejną windę. Ludzie nerwowo stukają obcasami butów i wycierają dłoniami nosy. Też spieszą się w to samo miejsce. Obecność ludzi wielkiego przemysłu i lobbystów na konferencji zdaje się nie dziwić nikogo poza mną. Krótkie wystąpienia prelegentów są tylko przyczynkiem. Wszyscy rzucają się na europejski tort. Każda firma uważa swoje stanowisko za najważniejsze, najracjonalniejsze. Ale inna wykreuje więcej miejsc pracy dla młodych. Inna zaś jest całkowicie zielona i ekologiczna. Jeden z obecnych MEP uspokaja wszystkich słodkimi słowami, że wszystkie uwagi będą wzięte pod uwagę. Wychodzę, wracam do biura z zeszytem pełnym zapisków i zdaję relację. Nie jest tak źle - słyszę w odpowiedzi, choć nie wiem do końca dlaczego. No tak przecież jest Plan.

Naostrz ołówki. Poseł wyjechał do Strabourga. Cisza, tylko za oknem znów burzy się i chmurzy. Po całodziennych spieszeniach uzupełnianie baz danych przypomina mi bardziej machanie cepem. Bezmyślnie i mechanicznie uzupełniam, każdą linijkę. Nawet nie zauważam jak odruchowo sprawdzam każdy wpis dwa razy. O pomyłce nie może być mowy. Nie przeproszę za spam.

Wednesday, June 6, 2012

Consideracions sur la culture politique de Pologne.

Natura zagadnienia tego leży w pradawnych zwyczajach przodków naszych. Choć fizycznie wyeksterminowane przez dwudziestowieczne zawieruchy, polskie elity pozostawiły nam w spadku nawyki, o których istnieniu nie zdajemy sobie sprawy. Niczym obrazy mistrzów impresjonizmu, które z bliska niewyraźnymi się objawiają, dopiero z daleka nabierają kształtów, znaczenia i piękna. Polska kultura polityczna błyszczy najjaśniej dopiero gdy jej światło odbija się od szklanych murów Parlamentu Europejskiego. Przez pryzmat tego budynku można oglądać ją jak w soczewce.

Polsko-polskie rozgrywki znane są nam mediów krajowych. W tym miejscu nic nowego się nie odkryje.Obóz oświeconych walczy z konfederacją i obrzuca ich ciemnogrodami warcholstwem i tym podobnymi uroczymi słowami..
Konfederaci zaś nie pozostają dłużni i odkrzykują równie urocze słowa o zdradzie, hańbie, Targowicy. Wchodzą do Parlamentów i Krzyże wieszają na ścianach.
Ten słodki obraz znamy wszyscy i solidarnie go kochamy lub nienawidzimy niczym nie skrępowaną miłością i nienawiścią. Wystarczy jednak poczekać piętnaście minut, aż zacznie się zebranie Grupy Polskiej. Nagle krzyczące i oburzone twarze zmieniają swój wyraz. Zaciśnięte zęby i czerwoność ustępują. Zamiast emocji pojawia się skupienie. Skupienie i cisza.
Wszyscy Polacy siadają w ławach. Od Sasa do Lasa, od socjalistów po konserwatystów. Racyją stanu zjednoczeni debatują zacięcie na tematy o wysokich poziomach szczegółowości. Poseł Saryusz-Wolski zasiada na środku i moderuje tematami! Dyskutują Polacy, o krótkich odcinkach torów kolejowych. Składają sprawozdania z sojuszy, jakie udało im się zawrzeć w polskiej sprawie czy to z brytyjskimi konserwatystami, czy też z Grupą Węgierską. Zmęczeni porannymi krzykami debatują nad każdym szczegółem, który pomoże przelać chociaż odrobinę życiodajnych eurofunduszy do kraju ojczystego.
Wypłukani z energii po całogodzinnym skupieniu wychodzą posłowie.

To jednak nie koniec trudów i znojów. Oto część z nich przechodzi piętro wyżej na spotkanie grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Jako, że tego dnia działania Polaków skupiły się na Public Hearing w sprawie TV Trwam ich sprawozdanie było krótkie. Ton dyskusji nadawali więc Brytyjczycy i Czesi. Jakże inne było to spotkanie. Nieprzystawalność dwóch politycznych światów Brytyjskiego i Polskiego wydawać by się mogło jest absolutna. A jednak! Dystans, żarty i cięte riposty nie są cechą wrodzoną Brytyjskich polityków. Można się ich nauczyć tak jak dziecko uczy się chodzić, a retor przemawiać. Pomimo powagi spraw, i ostrych jak brzytwa i trafnych słów Polskiego Posła Konrada Szymańskiego (dla którego mam zaszczyt i przyjemność pracować), na sali panuje luźna atmosfera i żartobliwy rechot. Rechot jest kulturalny, nie przeszkadzający rozmówcom, a jakże oświeżający i rozluźniający po całym dniu politycznego znoju.

Przez trzy godziny Ci sami politycy pokazali trzy różne oblicza, trzy różne twarze i trzy różne osobowości. Polityka to gra, więc jeśli chcesz w nią grać to lepiej, żeby sprawiała przyjemność. Jeśli nie, to jest na to rada, którą wyśpiewał kiedyś Alan Price:



Tuesday, June 5, 2012

Pospolite ruszenie na Esplanade

Gdy 29 lutego 1764 roku we wschodniej miejscowości Bar Kazimierz Pułaski składał przysięgę obrony wiary katolickiej i niepodległości Najjaśniejszej Rzeczpospolitej nie mógł przypuszczać, że zrodzi wzór ruchu, którego dziedzictwo będzie żywe jeszcze 250 lat później. Hasło generalne: JEZUS MARYA!

Polska kultura polityczna jest unikalna i może stanowić dobro eksportowe. Przekonałem się o tym dzisiaj w takim samym stopniu jak setki mieszkańców Brukseli, którym drogę zataranowały polskie autokary, kilku metrowe sztandary i rozśpiewani ludzie.


O tym, że odbędzie się Public Hearing i manifestacja w sprawie zablokowania TV Trwam na multipleksie cyfrowym w Parlamencie Europejskim wiedziano od dawna, dzięki setce plakatów wiszących przy każdej windzie, klatce schodowej i stołówce. Dlatego kiedy rano o zapowiedzianej godzinie zobaczyłem wątłą garstkę ludzi z kilkoma flagami na Placu Luksemburskim byłem zawiedziony. O co tyle krzyku.
Nie wiedziałem jednak, że pan Zbigniew Ziobro odrobił zadanie domowe z orkiestrowania spektaklami politycznymi. O tym, że odrobił je bardzo dobrze miałem się zaraz przekonać.

Odwróciłem głowę i wtedy zobaczyłem jak zza wzniesienia niczym husarskie skrzydła powoli wyłaniały się pierwsze biało-czerwone proporce i bandery. Zaraz potem od postmodernistycznych murów Parlamentu odbijały się dźwięki pieśni:
Marsz, marsz Polonia!
Marsz dzielny narodzie! 
Odpoczniemy po swej pracy,
w ojczystej zagrodzie!
Konfederaci znów wznieśli swoje flagi! Polska fala przetoczyła się przez Esplanadę w radosnej atmosferze i szybko usadowiła się w centrum Placu Luksemburskiego. Chyżo postawiono scenę, na którą mieli wkroczyć aktorzy. Europosłowie, posłowie, działacze związkowi. Dwubarwny tłum skandował: Nie oddamy wam telewizji Trwam" a radujące oko polskie dziewczęta rozdawały ulotki w kilku językach informujące o tym co się dzieje, kto i dlaczego protestuje. Szczególne chętnie ulotki brali młodzi Hiszpanie.
Kolejni aktorzy wchodzili na scenę by wykrzyczeć swoje racje do rozochoconego tłumu. Zaskakujące były też wystąpienia francuskich katolików, których autentycznie się nie spodziewałem. Gdy uliczny spektakl ustabilizował swoją formę i kształt (wreszcie nie blokujący ruchu ulicznego) nadszedł czas na wyższy poziom.

Równolegle do manify w budynku Parlamentu odbywała się konferencja prowadzona przez MEP Ziobrę. Liczba  znanych gości zaskoczyła nie tylko mnie, ale również przedstawicieli konserwatywnych NGO, którzy wypełnili salę. Wśród mówców znaleźli się: Bronisław Wildstein, prof. A. Zybertowicz (bardzo dobre i merytoryczne wystąpienia). Później prawnicy zajmujący się sprawą przez 40 minut dokładnie przedstawili nieprawidłowości w przyznawaniu multipleksów, który tworzy teraz oligopol trzech koncernów medialnych (w tym kontekście sprawa nabiera szerszego kontekstu oporu przeciwko neoliberalnemu establishmentowi, którego nie znoszą również.... socjaliści, którzy wysłali swoje przedstawicielstwo na to spotkanie.)
Pierwszy panel zamknął nie kto inny jak sam ojciec Tadeusz Rydzyk apelujący o pluralizm i jedność w różnorodności! (Co za słowa w ustach eurosceptyka!)

Drugi panel należał do dziennikarzy. Jakże pięknie słuchało się złotych słów tuzów dziennikarskiej prawicy. Ton głosu tańczący na każdym słowie, które każde z osobna i razem tworząc całość budziły podziw i pozostawiały słuchaczy pod wrażeniem. W tym panelu czarowali magią słowa: Rafał Ziemkiewicz, który powtarzał swoje tezy o postkolonialnej Polsce, Michał Karnowski, który opowiadał o nieprawidłowościach na rynku reklam prasowych, Anita Gargas, której opowieść skupiła się na rugowanych z TV publicznej dziennikarzy, czy Jan Pospieszalski sypiący anegdotami z rękawa.
Przez ich wystąpienia konferencja nabrała o wiele szerszą perspektywę. Później dowiedziałem, się, że następnego dnia ma odbyć się konferencja o wolności mediów w Bułgarii. Europejski kontekst i paralele nasuwały się same, jakby to budynek Parlamentu szeptał europejskie słówka do dziennikarskich uszu.

Tak uniesiony na słowach i ideach zmuszony zostałem do twardego upadku i rozbiłem się o ostre skały rzeczywistości...

Sunday, June 3, 2012

O handlu majtkami i stołach na których się tańczy

Myliłby się, każdy, kto sądzi, że wszyscy mieszkańcy La Viale nie radują się na wieść o nadchodzącym weekendzie i imprezie! Tym razem chodzi o pożegnanie jednej z kilku Słowaczek, która w przyszłym tygodniu kończy swoją przygodę z La Viale.

Zaopatrzywszy się w kilka rodzajów sławnych belgijskich piw ruszyliśmy spokojnie na przedparty. Teoretycznie umówione miejsce spotkania leży na tej samej ulicy co nasza wspólnota. 25 minut później ciągle szukaliśmy naszego docelowego mieszkania, błądząc po wąskich brukselskich uliczkach. Był to już drugi raz w ciągu ostatnich 4 dni, kiedy udało mi się zgubić w stolicy Belgii. Tylko tym razem nie byłem sam i nie mogłem zwalić wszystkiego na swą własną tępotę. Chyba, że jest zaraźliwa.

Okazało się, że Chaussee de Wavre/Waverse Straat jak każda typowa, brukselska ulica najpierw w niezbyt oczywisty sposób przechodzi w wypełniony kawiarniami deptak, by później zostać przerwana przez Plac Jourdan. W końcu zdecydowałem się obejść cały plac dookoła, w akcie desperacji szukając kontynuacji ulicy. Znalazłem ją na drugim końcu. Była pod dziwnym kątem i dwa razy węższa niż przy wejściu na plac. Po przedłużonym marszu, wreszcie udało mi się spróbować kilka rodzajów sławnego, belgijskiego piwa.

I rzec muszę, że w pełni zasługuje na swoją renomę! Różnorodność smaków jest oszałamiająca, a sposób dystrybucji piwa: w małych 0.33 butelkach zmusza konsumentów niemalże do degustacji złocistych trunków na kształt wina. Co ważne, piwa te są niejednokrotnie silniejsze niż te, do których przyzwyczaiła nas Europa środkowa (niektóre sięgają nawet 13%, co tylko nasuwa kolejne porównania z winem).


Po spokojnej degustacji, której towarzyszyła słowacka muzyka ruszyliśmy niespiesznie do klubu Madame Mustasche et son Freakshow, którego sława doszła mych uszu w różnych zakątkach Europy. - "To ten gdzie tańczy się na stołach" powtarzali moi rozmówcy jak mantrę. Wreszcie nadszedł czas by zweryfikować "urbańskie legendy".



Dostojnie, odziani prawie, że galowo, wkroczyliśmy do metra. Zbieg okoliczności chciał, że mieliśmy podjechać linią o swojskiej nazwie Erasmus. Ekran wyświetlający nazwy stacji niewyraźny i niknący w długim korytarzu peronu był cichym prorokiem tego co miało się zaraz wydarzyć.

Najpierw usłyszeliśmy charakterystyczny stukot, brzmiący jak konie, którym szlachciura dolał wódki do wodopoju, a potem dla zabawy puścił wybrukowanym ulicami starego miasta. Kolejnymi dźwiękami odbitymi od szarych od brudu kafelków były słowa przypominające jedzenie rozgotowanych ziemniaków, przez wyżej wspomniane konie. Moje przeczucia okazały się prawdziwe. Po chwili z klatki schodowej wyłoniły się trzy damy. Ubrane były w jedyny w swoim rodzaju sposób, nie do pomylenia z niczym innym. Krótkie sukienki ledwie zakrywające pośladki, które choć chciałby się ukryć i schować przegrywają z nieubłaganymi prawami grawitacji i wylewają się odbijając wątłe światło ekranu wyświetlającego nazwy stacji prosto w nasze oczy. Dodać do tego nierówny i przesadzony makijaż i mały kapelusik wpięty we włosy i wszystko staje się jasne (nie tylko dzięki odbitemu światłu). Dopełnieniem obrazu jest niebywały stan upojenia alkoholowego danych dam. Biorąc pod uwagę, że 23.00 dopiero dochodziła oznaczać mogło tylko jedno. Angielskie Damy.

Jedna z Dam podeszła do mnie i wybełkotała w pięknym, ale pokaleczonym wódką brytyjskim angielskim, że potrzebuje moich okularów, bo musi przeczytać mapę metra. Nie pytając o zgodę wyrwała mi moje dwa małe okienka na świat. Kiedy zaprotestowałem, zaproponowała, że może dać mi coś w zamian, a jako że nie miała nic innego stwierdziła, że ofiaruje mi swoje majtki.
Dość szybka kalkulacja zysków i strat tej wymiany pozwoliła my na trzeźwy osąd, który jednoznacznie promował natychmiastowy zwrot moich okularów. Zawiedziona Angielska Dama, która była już w połowie ściągania swojej bielizny z rezygnacją i zażenowaniem wręczyła mi je z powrotem bełkocząc coś pod nosem. Byłby to koniec historii, ale Cesco, który jechał z nami zainteresował się ofertą handlową przedstawioną przez angielską damę. Jako obiekt wymiany upatrzyła sobie jego szykowny krawat.
Przed dość lichą wymianą uchronił naszego Włocha, prorok sygnalizator obwieszczając przyjazd metra. Cesco zaintrygowany otwartą postawą Angielskich Dam chciał zmienić plan naszej peregrynacji imprezowej i przyłączyć się do zacnego towarzystwa Angielek. Wybiliśmy mu to z głowy akurat w momencie, kiedy połowa z Angielskich Dam zdążyła wysiąść na swojej stacji, a druga połowa zamarudziwszy kontynuowała chcąc-nie chcąc podróż podziemnymi tunelami Brukseli.

Współczesne Angielskie Damy rzadko czerpią inspirację z przeszłości


Zrezygnowany Cesco postanowił doprowadzić się do porządku. Byłoby to o wiele prostszym zadaniem gdyby nie to, że nikt z nas nie potrafił zawiązać krawata. Kombinując i tworząc kolejne węzły gordyjskie irytowaliśmy się coraz bardziej, gdy WTEM! podeszła do nas miła starsza pani, która powiedziała tylko: calmement, calmement i kilkoma wyćwiczonymi ruchami, profesjonalnie zawiązała krawat w kilka sekund!

Oszołomieni Angielskimi Damami i niespodzianą krawatowiążczynią udaliśmy się do Madame Moustache et son Freakshow. Dość rzec, że zremiksowana muzyka disco i retro wybitnie wplasowała się w me gusta muzyczne, pieszcząc zmysł słuchu i budząc ciało do ruchu. Z czasem pusty parkiet wypełnił się ludźmi, aż do nieprzyjemnego ścisku. Przez głośną muzykę zaczęły się przebijać odgłosy szurania. Wtedy zrozumiałem co się dzieje. Wszystkie stoły zostały przesunięte pod ścianę dodając pionowy element dancefloor'u! Czym rychlej wskoczyliśmy do góry i nadając ton tanecznie wywyższonym tworzyliśmy coraz to nowe choreografie, które ściągały nam coraz więcej zainteresowanych tancerek i tancerzy!

Szybki komunikacyjny rekonesans: Je ne parle pas français. Anglais, allemand? i wielojęzykowe komendy sterujące choreografiami latały ponad stołami. Na dłuższe rozmowy nie było jednak czasu, gdy pochłonął nas taneczny zew. Zew, któremu się nie odmawia.


Dróżka

W Brukseli zatrzymałem się w chrześcijańskiej, jezuickiej wspólnocie La Viale.
Jest to niewielki gotycki kościółek położony zaraz na początku Esplanady Solidarności 1980, która przechodzi przez środek budynków Parlamentu Europejskiego.

La Viale to mała wioska we Francji jednak nazwa ta oznacza również małą dróżkę. Symbolicznie wręcz nazwa oddaje ideę wspólnoty, która się tam zrodziła. Podobnie jak gotycka katedra opiera się na łukach, tak i La Viale ma swoje filary. Są to: modlitwa, cisza, praca i pokój.

 Malownicza La Viale

Modlitwa
Codziennie o 7.00, 12.45 i 22.00 budynek La Viale delikatnie drży od dźwięku dzwonu, za który nadgorliwie szarpie młody jezuita. Wzywa wszystkich, na krótką i wspólną modlitwę. Choć nikt nie sprawdza listy obecności to wiele osób przychodzi w skupieniu, rozbudzając się powoli z każdym wersem pieśni. Te śpiewane są w wielu językach. Oczywiście przeważa francuski i angielski, ale często słychać też niemiecki, włoski, hiszpański i oczywiście polski (sic!). Polskie pieśni śpiewane powoli z francuskim akcentem smakują wybornie.
Nie jest to jedyny posiłek, jaki członkowie wspólnoty mają przyjemność spożyć każdego ranka. Zaraz po modlitwie na wszystkich czeka przygotowane śniadanie. Belgijskie śniadanie z płatkami, dżemami, miodem i masłem orzechowym. Kiedy podszedłem do lodówki, żeby wyciągnąć trochę sera, pomidorów i majonezu (a jakże!) spotkałem się ze zdziwionymi minami jezuitów, którzy od razu zaczęli tłumaczyć mi, że typowa belgijska rodzina nie je sera na śniadanie, więc oni też nie jedzą. :(
Kiedy wlecisz między wrony musisz krakać tak jak one.

Cisza
Jadalnia to jedyne miejsce, gdzie można usłyszeć gwar rozmów w La Viale. Przekraczając próg tego pomieszczenia czuć jak realizuje się w nim duch wspólnoty. Korytarze sprawiają wrażenie, jakby były zaprojektowane tylko po to by wymieniać się na nich zdawkowymi i niezbędnymi informacjami.
Cisza panująca w La Viale to doskonała odskocznia od hałasów brudnego miasta, szumu i krzyków eurokratów. Z jednym wyjątkiem, którym jest Cesco w Akwarium.Akwarium (w którym aktualnie przesiaduję), czyli jedyne miejsce, gdzie można podłączyć swój laptop do internetu, jest za szklanymi drzwiami, na których ktoś powiesił kartkę z napisem "Don't feed the fishes". To tutaj Włoch Cesco spędza całe godziny rozmawiając, żeby nie powiedzieć, że krzycząc przez Skype ze swoją mamą (a jakże!) i kilkoma byłymi dziewczynami (a jakże!), o których rozwlekle wszystkim opowiada.


Praca
Komuniści wszystkich krajów powinni przyjechać do La Viala i zobaczyć na czym naprawdę polega życie we wspólnocie (komunie). Większość z nich to zamożni burżuje, prowadzący życie sprzeczne z komunistycznymi ideami, które w pewnej części skromnie i pokornie leżą u podstaw życia w La Viale. Każdy jest proszony (tak proszony) o wzięcie udziału w tzw. Community Work. Polegają one na tym, że raz na dwa tygodnie zarządzane jest generalne sprzątanie (np. mi przypadły wszystkie klatki schodowe). Angażując praktycznie wszystkich od naczelnego jezuity Fr. Guy do nowoprzybyłych (mnie) udaje się wypucować cały budynek łącznie z ogrodem w kilka godzin (włącznie z obowiązkową przerwą na słodycze i kawę). Ponadto każdy jest zobligowany by raz na dwa tygodnie przygotować obiad dla wszystkich. W dniu, w którym przybyłem serwowane było przepyszne indyjskie danie przygotowane przez Liju młodego jezuickiego adepta z samego południa Półwyspu Indyjskiego. Jakaż wielka była moja radość, kiedy poczułem znajomy zapach snujący się po korytarzach.
Kuchnia La Viale jest zaopatrzona wcale nie źle z wielkimi lodówkami i półkami przypraw. Już czekam na swoją kucharską kolej! Muszę też nadmienić, że w żywność zaopatruje wspólnotę sieć barów z ekologiczną żywnością EXKI. Dlatego często w lodówce pojawiają się różne rarytasy niespodzianki (np. kilka rodzajów tarty)

Pokój
Każdy pokój wygląda tak samo. Są bardzo małe, ale za to bardzo wysokie. Taka konstrukcja wymusiła na jezuitach by, każde pomieszczenie mieszkalne uczynić piętrowym. Na parterze jest tylko biurko i zlew, na piętrze zaś łóżko i szafa. Dlatego często może wydawać się, że w pokoju nikogo nie ma, dopóki nie dostrzeże się nóg zwisających z pięterka.
A tak na poważnie: pokój wewnętrzny ma być wynikiem powyższych czynników: modlitwy, ciszy i pracy. A według społecznej nauki kościoła pokój ma prowadzić do sprawiedliwości.

La Viale widziana z Esplanade Solidarność

Taką to dróżką wchodzi się prosto na szeroką Esplanadę, gdzie czeka już zupełnie inny świat ludzi w garniturach, którzy marnują podeszwy w całodziennych spieszeniach.

Brukselka na zimno

O jeden most za daleko.

Już z okien samolotu udało mi się dojrzeć piękną belgijską wieś. Ceglane chatki ustawione wzdłuż krętych ulic zdają się zaginać prawa upływu czasu. Podróż pociągiem tylko potęgowała te wrażenia. Belgia to mały a przy tym gęsto zaludniony kraj. Patrząc przez okna wagonu wydawać by się mogło, że cały kraj to jedna śliczna wioska. Wydawać by się mogło, że w kraju tym po prostu nie ma miejsca na parki narodowe i przestrzenie dzikiej natury. I tak też jest w istocie. Z każdą upływającą minutą oczekiwałem wjazdu do miasta, stolicy tego urokliwego zakątka. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zgrzyt był głośniejszy od zepsutego hamulca zaciskającego się na metalowych kołach pociągu.

W trakcie moich podróży w moim polskim umyśle zdążył już się ukształtować pewien obraz krajów zachodnich. Jednakże po raz kolejny, życie pokazało mi, że się mylę i nie wiem zupełnie nic. Być może to przyzwyczajenie do pięknych Środkowo-Europejskich miast daje o sobie znać. Istotnie trudno uwolnić się od czaru budapesztańskich mostów i kamienic, od błyszczących czystością wiedeńskich ulic, od gotyckich cieni praskiej starówki i od ogromu krakowskiego rynku.

Dość rzec. Bruksela jest po prostu brzydka. Miasto to jest brudne, mydlin wylane z wiader płyną powoli do ścieków i wszędzie walają się papiery. Wąskie ulice nie pozwalają na wiele manewru, a w dodatku zawalone są workami na śmieci i kartonami. Prosta, ceglana, mieszczańska architektura tylko potęguje negatywne wrażenie. Wrażenie tak silne, że nawet przepięknie zdobiony Główny Plac nie jest w stanie go zatrzeć.
Starówka tego milionowego miasta jest mniejsza niż we Wrocławiu. Wszystko można obejść ledwie godzinę. Poza obrębem turystycznego centrum wszędzie dominują imigranci. Zaprawdę, mieszkając tutaj dłużej uwierzyłbym w zmierzch zachodu i Europy.
Jedyną alternatywą okazują się bezpłciowe, przeszklone molochy europejskich instytucji, które jak na złość niczym nie chcą się wyróżnić niczym od budynków światowej finansjery, zupełnie nie emanują europejskością.
Malutki wyjątek stanowi budynek Parlamentu Europejskiego. Zbudowany z rozmachem i delikatnie wpisujący się w architekturę pobliskiego Pałacu Luksemburskiego.

Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiej stolicy i takiej Brukseli. Najwyraźniej moje oczekiwania były zbyt wysokie. Spodziewałem się "budapesztańskich mostów", jednak było to pragnienie o jeden most za daleko.

  Piotro w najładniejszym miejscu w Brukseli.

W hołdzie tradycji

To już czwarty dzień, gdy przebywam w stolicy małego i równie młodego co zamożnego kraju Belgii. Zaczytując się w osiemnastowieczny opis Polski podróżnika Williama Coxe'a postanowiłem podtrzymać tradycję podróżniczego pisania i oto jest, kolejny blog! Tym razem poświęcony mojemu pobytowi we wspólnocie La Viale i przede wszystkim doświadczeniami związanymi z pracą w Parlamencie Europejskim.

Bienvenue!
Welkom!