Monday, July 23, 2012

Uzależnienie

Nikt nie chce wyjść mimo drzwi otwartych. A już dawno po 20.00. W biurze ciągle słychać szum wiatraczków chłodzących przegrzane komputery. Pecety ledwo uciągają z 40 pootwieranymi okienkami w Internet Eksplorerze (za jakie grzechy w miejscu, które żyje z wyszukiwania informacji używać musimy najgorszej wyszukiwarki?). Godzinę temu żartowaliśmy, że zaraz wychodzimy, że to ostanie okienko, ostatnia sprawa i ostatni email. Na podobny żart pozwoliliśmy sobie również 2 i 3 godziny temu. Otwarte drzwi biura jednak przestały być śmieszne. Zwłaszcza po 20.00

Każdy z nas jest od czegoś uzależniony. Od porannej kawy, od herbaty z cytryną, od tłustych kebabów, do tańca, od flirtu, od Gry o Tron, od jednego zjawiskowego utworu Florence and The Machine, od Internetu. Kiedy w mym zacnym liceum w corocznym kalendarzu przedstawiono wyniki ankiety "Od czego uzależnienie są uczniowie Marynki" pojawiały się nawet tak egzotyczne przykłady jak kręcenie słomki między palcami. Parlament Europejski zamykając nas w swoich przestronnych salach konferencyjnych i odwrotnie proporcjonalnie przestronnych korytarzach do biur wytwarza innego rodzaju uzależnienie. Swoisty głód. Głód informacji. Nienasycenie to przyrównać mogę chyba tylko do pierwotnej i tajemniczej siły libido, która pcha nas ku irracjonalnym decyzjom, prosto w objęcia Erosa lub Tanatosa, ku życiu i śmierci. W nowoczesnej konstrukcji Parlamentu Europejskiego panem życia i śmierci jest informacja.
To o nią się walczy, ją się zdobywa, jej się pragnie, to ona daje nam pracę i zajęcie. 

Krok pierwszy. Na początku przychodzi email. Poseł prosi, żeby "stażysta zajął się tą sprawą". Więc patrzę, wczytuję się, analizuję, przegryzam się prze z nowy świat informacji. Niewiedza zostaje zastąpiona przez ciekawość, ciekawość przez wypełnianie luk w wiedzy. Dzień później, po przetrawieniu odpowiedniej dawki informacji na dany temat następuje krok drugi. Stworzenie tekstu informacyjnego dla posła. W człowieku, który przeczyta zbyt wiele słów wytwarza się naturalna potrzeba by zacząć słowa samemu tworzyć i łączyć w zdania. Po przeczytaniu zbyt wielu książek, pojawia się wewnętrzna chęć by dołożyć cegiełkę do wielkiej katedry literatury, w której cegłami są kolejne tomy spisywane przez kolejne pokolenia. Któż z nas nie myślał o napisaniu książki? Parlament Europejski tę naturalną i szlachetną potrzebę zwulgaryzował i zautomatyzował. Mielone na szybko informacje muszą zostać podane w szybkostrawnej formie, podobnej kaszce dla dzieci. Potężne zagadnienia, które czekają na młodych naukowców i ich doktoraty tutaj zamykane są na jednej stronie A4.
Krok trzeci - linki. Sprymitywizowana wersja bibliografii. To one właśnie stanowią najgorszą katorgę dla stażysty. Skoro więcej informacji już nie upcham na tę nieszczęsną A4 to przecież zawsze można dodać link więcej. I jeszcze jeden, i jeszcze jeden! Każdy kolejny link odkrywa kolejne informacje i kolejne przypisy. Rzuca nowe światło na dane zagadnienie. No i trzeba przepisać tekst na A4. I znów pojawia się niepewność. A może ten kolejny link znowu dokona przewartościowania? Ileż zmian, ileż zwrotów akcji może pomieścić jedna kartka A4?
Krok czwarty, odruchowo sprawdzam email. Między spamem wyłapuję kolejne zadania do wykonania. Przygotowywany tekst na A4 musi zostać oddany. Inne kartki już czekają na wypełnienie się treścią. I czy przygotowany tekst napełnia stażystę spełnieniem i poczuciem dobrze wykonanej pracy? Oczywiście, że nie!
Każdy kolejny email z wykonanym zleceniem zostawia coraz większy niedosyt i niepewność czy aby umieściło się wszystkie NAJWAŻNIEJSZE informacje. I czyta potem człowiek kolejne artykuły i kolejne analizy, może zdąży coś jeszcze dodać?

I wtedy jedno spojrzenie na zegarek przypomina boleśnie wszelkie ogranicza jakie narzuca nam 24 godzinna doba. Tylko one są w stanie wyrzucić nas z biura. Otwarte drzwi nie wystarczą.

(PS. Kiedy piszę te słowa, odcięty jestem już od informacyjnej matrycy Europy. Okropne doświadczenie odwyku i stanu zwanego po niemiecku trockenrausch i syndrom odrzucenia stały się częścią poznańskiej codzienności. Nikt mnie nie trzyma już, nikt nie otwiera drzwi, poseł nie wysyła kolejnych maili z zadaniami. A mimo to ciągle czuję, że muszę sprawdzić co słychać w świecie wielkiego przemysłu. Dziwnie czułbym się po prostu nie wiedząc. Kiedy raz wyjdzie się z piwnicy Auerbacha to nie można do niej wrócić i cieszyć się podawanymi w niej trunkami. Zamknięty w łupince orzecha, czułbym się panem niezmierzonych przestrzeni gdyby nie ta przeklęta skaza nienasycenia! Nienasycenia informacją!)

Saturday, June 30, 2012

Uwodziciele

Od razu wiesz kiedy się zjawiają. Podniecenie daje się wyczuć w powietrzu. Słychać coraz głośniejsze szepty, a przy drzwiach gromadzi się coraz więcej dziewcząt, aż w końcu kreują zator. Każda z nich trzyma w ręku telefon komórkowy, aparat fotograficzny lub kamerę. Atmosfera szybko się udziela więc i Ty coraz częściej zaczynasz odwracać głowę. Mimowolnie i podświadomi prawie jak w przypadku nerwicy natręctw.


Cztery tygodnie wcześniej.
W małej sali konferencyjnej jest już prawie pełno. Udaje mi się usiąść tylko dlatego, że jeden z moich elektroszpiegów wcześniej zarezerwował dla mnie miejsce. Zanim doszedłem do fotela, było już jasne, że to poseł Kurski, a nie dziennikarze będzie nadawać ton spotkaniu. Żartobliwie i lekko, skacząc z tematu na temat poseł Kurski w zasadzie nie odpowiada na pytania przedstawicieli mediów tylko buduje spójną narrację. Swoją własną wizję świata, którą dziennikarze szybko przejmują jako swoją. Dyskusja od początku toczy się w takich ramach w jakich chce tego poseł. Sprytnie i niepostrzeżenie poseł Kurski wrzuca do początkowo oficjalnej rozmowy, niepoważne i dwuznaczne słowa przez co atmosfera formalizmu szybko ulatnia się z pokoju, a na twarzach dziennikarzy widać małe uśmiechy. Chociaż może oni nie są tacy głupi. Może wiedzą, że przyszli nie po informacje, a raczej na przedstawienie jednego aktora. Poseł Kurski doskonale wie jak przyciągnąć do siebie uwagę. Nie ważne jak, nie ważne gdzie. Ważne, żeby o Tobie mówiono. Samochodowe ekscesy posła Kurskiego to nic nowego. Wywołują nawet oburzenie jego samego. Niebezpieczna jazda samochodem i zamiłowanie do prędkości to chyba jakaś wrodzona cecha populistów. Nie mogę być jedyną osobą, której na myśl przychodzi śmierć Jörga Haidera, który rozbił się pędząc po pijaku ponad 140 km/h. Elektroszpiedzy donoszą, że jeden z asystentów posła Kurskiego, przerażony jego stylem jazdy tak obawiał się o swoje życie, że czytał poradniki o tym jak zmaksymalizować szanse na przeżycie w trakcie wypadku przy dużych prędkościach.

Dwa tygodnie później.
W sali plenarnej trwa konferencja. Połowa miejsc jest pustych. Poruszany temat to pluralizm w mediach i rola nowych mediów wobec starych. Wypowiadają się wielcy przedstawiciele konsorcjów medialnych i dziennikarze. Mija dziesięć minut i sala wypełniona jest już w trzech czwartych. MEP, która prowadzi dyskusję po raz pierwszy ucisza nowo przybyłe osoby. Po kolejnych dziesięciu minutach konferansjerka ma na twarzy wypisaną frustrację. Znowu apeluje o ciszę. Sala plenarna jest już pełna. Przez drzwi nie da się już przejść. Nagle wszystkie głowy zwracają się w jedną stronę. Szepty zamieniają się w rozmowy. Prowadząca dyskusję w mig pojmuje co się dzieje i prosi: czy może pan powtórzyć swoje pytanie za około 2 minuty? 

Kiedy odwracam głowę okazuje się, że Hugh Grant przechodzi 4 metry obok mnie. Żeby go zobaczyć muszę się odchylić, bo koleżanka nagrywa filmik swoim aparatem fotograficznym. Jest niższy niż mogłoby się wydawać. Mnie jednak nie interesuje jego wygląd. Czekam na to, aż usłyszę najważniejsze narzędzie uwodziciela. Jego głos. Głęboki i czysty. Brytyjski akcent zdaje się tańczyć pomiędzy zdejmowanymi słuchawkami z tłumaczeniem. W przeciwieństwie do innych członków panelu pan Grant wie, że zacząć przemowę należy od żartu. Szybko przechodzi do konkretów i w prosty, tak obcy politykom sposób nakreśla problematykę naruszenia wolności osobistej przez brytyjskie (i nie tylko) media. Jego przemowa, kończy się szybko i pozostawia niedosyt.


Inni paneliści zabierają więcej czasu, a ich mowa jest kwiecista i pełna półsłówek kryjących drugie dno. Mówią językiem polityki, widać że są częścią gry. Jednak gwiazda aktora miała dopiero zabłysnąć w sali plenarnej w momencie, gdy nadszedł czas na otwarte pytania. Hugh szybko zmonopolizował dyskusję, która obracała się wokół konglomeratu medialnego Silvio Berlusconiego. Przedstawicielka Włoch z powagą broniła swojego kontrowersyjnego mocodawcy podczas, gdy Hugh wpuszczał ją coraz głębiej w maliny kolejnymi pytaniami. Powaga Włoszki i subtelny sarkazm i lekkość słów Brytyjczyka szybko obnażyły absurdy włoskiej sytuacji medialnej. Sala ryczała ze śmiechu, gdy przedstawicielka Włoch przypadkiem wyznała, że Silvio Berlusconi nie jest właścicielem, żadnej gazety. Jest nim jego brat. Nawet Hugh nie mógł powstrzymać śmiechu. Dlaczego ten czarujący Brytyjczyk zaangażował się w polityczną akcję przeciwko mediom? Powody są o wiele mniej czarujące.

 Tweety były wyświetlane w real-time w trakcie debaty.

Trzy tygodnie wcześniej.
Siwe włosy to oznaka doświadczenia. W tym przypadku na to doświadczenie niewątpliwie składa się przyzwyczajenie do nieustannych błysków fleszy. Z pogodnej twarzy Jerzego Buzka nigdy nie schodzi delikatny i ciepły uśmiech. Zdaje się, że przemówienie byłego już przewodniczącego Parlamentu Europejskiego odciągnęło wszystkich od przepysznych kanapek z łososiem i lampek wina. To naprawdę nie lada wyczyn. Skupienie ogniskuje się w jednym punkcie. Delikatna i pełna subtelności przemowa Jerzego Buzka szybko się kończy. Kolejni prelegenci muszą się zmagać z konkurencją byłego premiera, który otoczony został już przez wianuszek młodych dziewcząt. Dokładnie w momencie, gdy zakończyło się ostatnie przemówienie Jerzy Buzek został pochłonięty przez dziewczęcy tłum. Poruszał się w nim jak ryba w wodzie, zagadując i uśmiechając się do każdego (a właściwie każdej). Kolejka do zdjęć jest nie do pokonania, więc koncentruję się na doskonałych zakąskach przygotowanych przez polską delegację. Jak dotychczas doświadczenie podpowiada, że to Polacy organizują najlepszy catering. Po kilku pysznych skibkach i lampce wina orientuję się, że kolejka fanek Buzka nie zdążyła nawet zmaleć. Na twarzy byłego premiera widniał ciągle ten sam dobrotliwy uśmiech.


Trzech mężczyzn. Mistrzowie słowa. Każdy z nich najlepiej czuje się w damskim towarzystwie. Polityczny gladiator, aktor i energiczny senior. Uwodzenie to ich sposób na życie. Żaden z nich już nie gra o słowa. Oni się w nich rozsmakowują. A ich słuchacze wraz z nimi.

Tuesday, June 26, 2012

Gra o słowa

Szybkie wyjście z biura. Ostatnie spojrzenie czy okno zamknięte. Komputer ciągle na chodzie, nie ma sensu go wyłączać. Na ekranie widać okienko internet eksplorera. Gdyby obserwator miał więcej czasu to zauważyłby, że w eksplorerze otwarte jest ponad trzydzieści zakładek. Gdyby, miał jeszcze więcej czasu to zauważyłby, że otwarte jest nie jedno okienko a trzy. I każde ma po trzydzieści zakładek. Jednak nie miałem tyle czasu i jedyne okno, na które spojrzałem było zamknięte i nie migało dziesiątkami tekstów, analiz i emaili. Odruchowo zamykam drzwi, by piętnaście kroków później zacząć się zastanawiać czy rzeczywiście to zrobiłem. Muszę zaufać swoim odruchom, nie ma czasu na myślenie teraz. Dobrze, że każdy z Eurodeputowanych obwiesza ściany wokół swojego biura plakatami konferencji jakie zorganizował. Wielobarwne postery działają jak system znaków drogowych w szaro-niebieskich korytarzach, gdzie każdy wygląda tak samo. Gdyby nie te krzykliwe znaki poselskiej aktywności jeszcze gotów byłbym iść nie do centralnego budynku, a w stronę wręcz przeciwną do do jądra ciemności.(Nie no bez żartów. Nikt nie chodzi do jądra ciemności). Klepię się po kieszeniach. Odruch potwierdza, że zabrałem ze sobą notatnik i długopis z dumnym lwem ECR'u. Jak można iść na konferencję bez własnego notatnika? A ta konferencja zapowiadała się nietuzinkowo.
Do sali wkroczyli dumnie i pewnym krokiem przedstawiciele Polski. Silni wiedzą, analizami i ostrymi jak brzytwa faktami zasiedli przy okrągłym stole. Dookoła, z lewej i z prawej zaczęli powoli, z lekko wyczuwalną nutką arogancji zasiadać adwersarze. Pstrokata zbieranina. Na trybunach zasiedli widzowie (w tym jeden z moich elektroszpiegów). Tylko tłumacze odcięci przez ciemną szybę, zamknięci w szklanej klatce ze słów i języków nie wyczuwali napięcia w sali. Pewnie są tam odizolowani, żeby nie pouciekały im słowa, jak niesforne ptaki, które jak raz wyfruną z klatki latają w podnieceniu po pokoju odkrywając nowe dla siebie światy. Na twarzach tłumaczy za ciemną szybą nie można było dostrzec nic z tych emocji. A tymczasem powietrze w sali konferencyjnej gęstniało z minuty na minutę.
Pionki zostały ułożone na planszy. Gracze rozpoczęli swoją partię. Strategia Polaków była prosta. Od razu wytoczono ciężkie działa. Grube analizy, grubych instytucji. Przedstawiciele polskiego przemysłu przedstawiający krok po kroku, dokładnie i systematycznie wpływ środowiskowych polityk unijnych. Ofensywa wbiła się głęboko w planszę i zajęła centralną pozycję. Każda akcja wywołuje reakcję, a na reakcję zielonych nie trzeba było długo czekać. Co więcej, zdążyli wcześniej przeprowadzić podkop.
Przed zebraniem wysłali do wszystkich zaproszonych gości list, który próbował podkopać merytorykę polskich analiz zarzutami o stronniczości i podkreślając finansowanie ich przez wielki przemysł energetyczny. Widać było, że Polacy nie po raz pierwszy spotkali się z tą taktyką. Pan doktor zbijał po kolej każde argumenty, a jego mowa była jak świst szabli. Podkop przeszedł bokiem. Polacy utrzymali swoje centralne pozycje.
Nieoczekiwane wsparcie od europejskich węglowców przywróciło merytorykę dyskusji. Nieubłagany upływ czasu wypędził prelegentów i resztę graczy przed salę wprost w objęcia cateringowego lunchu. Pyszne kanapki z pesto i pomidorem nie zamknęły jednak ust dyskutantów. Okrągła sala konferencyjna skupiała debatę jak w soczewce, lunch rozczepił ją na kilka, również okrągłych, stołów. Opowiedzenie się po jednej ze stron dawało rezultat w postaci kieszeni wypełnionej wizytówkami. Krążąc niczym elektron walencyjny pomiędzy atomami można było uzbierać całkiem niezły stos czarno-zielonych wizytówek. Nawet na lunchowe rozmowy nie było jednak zbyt wiele czasu. Kolejne obowiązki domagały się swojego udziału z dwunastogodzinnej tablicy zegara.
Później asystentka tłumaczyła mi, że to nie chodzi o prezentowanie stanowiska, tylko o słowa, które ostatecznie znajdą się w legislacji unijnej. To ironiczne, że cała gra rozgrywa się między słowami.

Zanim wróciłem do biura, zajrzałem jeszcze do innej asystentki. "Lubisz Hugh Granta?" "Hugh Granta?" "No, ten z Notting Hill" "TAK! Ale czemu? "Będzie jutro w Parlamencie o 12.00, zaraz wyślę Ci informację ze szczegółami" "Skąd wiesz, że będzie?" "Elektroszpiedzy".

Mała baza moich własnych "śpiewających ptaszków" rozrosła się trochę przez ostatni miesiąc. Piotrowi do Petyra jednak jeszcze bardzo daleko. Może do końca jeszcze nie rozumiem jakie są zasady tej gry. Ale się uczę.



Sunday, June 24, 2012

Impresje nieuczesane

Tym razem nie szykuję zabawy konwencją i wymienię rzeczy, które trudno mi wpleść w jakąkolwiek spójną narrację, a które uważam są godne odnotowania:

- Bruksela to jak dotąd jedyne znane mi miasto, w którym potrafi być na raz zimno i ciepło. (Serio! W ciągu minuty można zdążyć się spocić, trząść z zimna, i ponownie się zgrzać).
- W budynku La Viale potrafi być chłodniej niż na dworze, gdzie i tak jest zimno. Dlatego o poranku nie biorę chłodnego prysznica, który ma mnie obudzić, a raczej funduję sobie gorącą saunę, która ma mnie rozgrzać w tym zimnym świecie.
- Jak na ponad milionowie miasto ulice Brukseli wydają się być całkowicie puste. Belgowie najwyraźniej preferują rozrywki w zaciszu swoich wysokich i wąskich domów. 
- Codzienne spotykanie ludzi, którzy mają swoje opisy na Wikipedii jest całkiem zabawne. 
- Belgijscy kelnerzy (czasem też kelnerki) zachowują się w sposób wybitnie prostacki, żeby nie rzec chamski. Przeganiają gości z ławek, raz chcieli wyrzucić siatkę z naszymi rzeczami do śmietnika! Podobno najgorzej ze wszystkich obsługiwani są Francuzi.
- Książka prof. Jana Zielonki "Europe as Empire" to straszny gniot. Nie polecam.
- Ilość sarkazmów latających pomiędzy członkami wspólnoty La Viale dorównuje, a czasem nawet przekracza ilość obraźliwych słów wymienianych przez dwóch najbliższych przyjaciół. To się nazywa wspólnota.
- Jeśli porównać Mszę Św. do posiłku to msze po angielsku i francusku przypominałyby szwedzki stół z prostym białym obrusem. Polska msza byłaby wtedy biesiadą z tłustymi potrawami i karmazynowym grubym obrusem.
- Kościół św. Sakramentu (integralna część La Viale) w trakcie mszy po francusku wypełniony jest ledwo w jednej czwartej. Angielska msza wypełnia cały kościół (w 90% są to chrześcijanie z Afryki lub Filipin. Fajnie śpiewają).
- MEP może cały czas zajmować się poważnymi sprawami i latami walczyć jak lew o polskie interesy gospodarcze, a i tak do mediów przedrze się tylko jego udział z głosowania nad ACTA, na którym był w zastępstwie. (To nieuczciwe! Nie! "Zamawiasz ciepły kotlet a dostajesz zimną rybę)
- Wgryzając się w stronę Komisji Europejskiej wystarczająco głęboko można znaleźć numer na telefon komórkowy Hermana van Rompuya i Donalda Tuska.
- Dla tych, którym jeszcze nie mówiłem. Na cały miesiąc udało mi się spakować w bagaż podręczny (9.7 kg). Dwa garnitury i laptop included. 
- Pomimo tego, że wziąłem ze sobą 10 par skarpet i piorę je ręcznie to po 3 tygodniach mam już tylko 9 i pół pary. Dobrze, że jestem tutaj tylko na miesiąc. (Zadanie na maturę podstawową z matematyki: Oblicz ile czasu musiałby spędzić Piotr w La Viale, żeby stracić wszystkie skarpety).

Pytanie konkursowe: o jaką książkę chodziło autorowi w poprzednim wpisie? Do wygrania pudełeczko belgijskich pralinek.

Saturday, June 23, 2012

Piotr

"Rozmawiałeś z nim pół godziny?" przez mały lasek można było usłyszeć zaskoczony głos stażysty.
"No tak, całe pół godziny!" Piotr dopiero teraz uświadomił sobie, że tak długa rozmowa z Europosłem to ewenement. Próbował sobie przypomnieć jak długo łącznie rozmawiał ze swoim własnym Europosłem. Maksymalnie 10 minut. Nawet nie, mniej. To były tylko zdawkowe zdania i polecenia. Na pewno nie więcej niż 7, pomyślał.
Nagle coś co wydawało się całkiem normalne urosło do rangi małego osiągnięcia. W rzeczywistości sposób w jaki Piotr wszedł na zamknięte spotkanie z posłem Kurskim był omówiony już dzień wcześniej i przygotowany w małych szczegółach.
"Skąd pan wiedział, że tutaj będę?" zapytał zdziwiony poseł. "Dowiedziałem się od jednego z szeptających ptaków", enigmatycznie odpowiedział Piotr, by później wyjaśnić cały proces przebijania się przez nadmiar informacji i odpowiedni ich przesiew. W końcu na tym głównie polegała jego praca. Przez głowę przeszła mu cyniczna myśl. Stażysta to tylko filtr. Jego byt uzasadnia tylko szum informacyjny. Przez chwilkę wydawało się Piotrowi, że na twarzy posła dało się zobaczyć nutkę podziwu. A może sam chciał ją tam widzieć. A rozmowa ciągnęła się dalej jak korytarze Europejskiego Parlamentu, którymi spacerowali.
Drzwi biura posła Kurskiego, do którego doszli ucięło jednak przyjemną pogawędkę o piosenkach Kaczmarskiego, polityce energetycznej i niewiedzy dziennikarzy.
Informacje. Niby, żyjemy w społeczeństwie informacyjnym, ale te najważniejsze, na wagę złota są pochowane jak jakieś skrzynie ze skarbami na dnie oceanów, czy w jaskiniach.
"To ja ze swoim posłem nie gadałem nawet tyle przez miesiąc" powiedział stażysta do Piotra, rozsiadając się na murku obok lasku. Nie Ty jeden. "To chyba taka tendencja" odpowiedział Piotr. "Ten przeszklony parlament tworzy większe, jak to się mówi, szklane dachy...".
"Chyba szklane sufity" wrzuciła stażystka , dosiadając się.
"Tak właśnie szklane sufity. Zauważyliście chyba, że asystenci nie trzymają się ze stażystami, a posłowie nie trzymają się z asystentami? Wszyscy obracają się tylko w obrębie własnych, w zasadzie administracyjnie utworzonych grup"
"Lepiej powiedz jak się wkręciłeś w to spotkanie?" pyta stażystka, pochylając się do przodu, jakby Piotr miał wyszeptać jakąś tajemnicę. Stażyści w Europejskiej Przystani, kiedy się poznają zawsze muszą zadać to jedno oczywiste pytanie. Jak udało Ci się załatwić tu praktyki? Piotr już wiedział, że każdy z nich miał ciekawą historię do opowiedzenia. Każdy miał swój sposób, żeby dopchać się do dworu w Europejskiej Przystani. Niektórzy dzielili się swoją wiedzą ochoczo, niektórzy przemiliczali wiele. Jakby chcieli ochronić swoje skarby z dna oceanu. Za tą myślą przyszła jednak kolejna. Bezczelna, rozpychająca się w umyśle jak łysy karkol rozpychający się w trakcie oglądania meczu Polska-Grecja, w polskim barze u podnóży Europejskiej Przystani "U Pani Basi". You know nothing. Przynajmniej wiem, gdzie w Komisji są wolne miejsca na staże. Piotr próbował się pocieszyć. Informacje o posłach, którzy od jakiegoś czasu nie mieli stażysty są w Europejskiej Przystani na wagę złota. It is known.
Dopiero znajomy i przyjazny dźwięk otwieranego napoju wyrwał Piotra z zamyślenia. "Jak możesz pić polskie piwo, jak jesteśmy w Belgii!?"
"No co, to najtańsze piwo u pana w turbanie" Kolejna informacja. Niby błaha i nieważna, ale trzeba zapamiętać. Piotr przypomniał sobie pewną opowieść o pysznej królowej regentce, która z pozycji siły oznajmiała dumnie, że władza to władza. Nie wiedziała jednak wszystkiego. Wpadła w pułapkę, o jakiej często zapominają prominentne rody. Informacja to władza.
"Coś Ty taki zamyślony dzisiaj? Siadaj i kończ to piwo, zaraz mecz. " - jowialnie, zawołał stażysta i zrobił miejsce na murku przy lasku. W momencie kiedy Piotr brał ostatni łyk z małej szykownej, belgijskiej buteleczki wiedział, że zaraz ruszą na wypełniony kibicami Plac przy Europejskiej Przystani. Przez głowę przeszła mu ostatnia poważna myśl tego wieczoru. A więc to prawda. Wystarczy przeczytać jedną książkę, żeby zrozumieć jak działa ten świat. Nie miał zamiaru jednak dzielić się tą informacją z innymi. To był jego skarb zakopany na dnie oceanu.

Wednesday, June 20, 2012

Leją po całości

Czym jest Belgia? Kraj bez historii, bez narodu i przez ostatni rok nawet bez rządu. Podzielony na dwie części, z dwoma językami w użyciu. To nie król jednoczy to państwo. To nie Bruksela jednoczy to państwo. To nie obecność unijnych instytucji ratuje kraj przed rozpadem.
Najważniejszym spoiwem jest gęsta, tłusta i biała maź:

MAJONEZ

Belgowie jedzą wszystko z majonezem.
Frytki? Leją po całości.
Chleb zamiast masła smarują majonezem.
Na obiad makaron z serem i majonezem.
Maczają drogi ser camembert w majonezie.
Krewetki podają z majonezem.
Zamiast zapiekanek jedzą karabin maszynowy:
mitrailleuse czyli bagietka z frytkami, szynką i majonezem!

I o ironio nie znają majonezu Pegaz.

PS. Od dwóch dni nie padało. Włoch Czesko poparzył się na słońcu w Brukseli. Nie możemy przestać się z niego śmiać.

Deklaracja Praska

Deklaracja praska
Zasady grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w Parlamencie Europejskim
Świadomi konieczności przeprowadzenia reform w Unii Europejskiej w oparciu o eurorealizm, otwartość, poczucie odpowiedzialności i zasady demokracji, jednocześnie szanując suwerenność narodową naszych krajów oraz koncentrując się na ożywieniu gospodarki, wzroście i konkurencyjności, my, członkowie Grupy europejskich Konserwatystów i Reformatorów podzielamy następujące zasady:
  1. Wolna przedsiębiorczość, wolny i uczciwy handel i konkurencja, minimum regulacji, niższe podatki i mniejszy udział rządu jako czynniki najlepiej zapewniające wolność osobistą i dobrobyt w wymiarze jednostkowym i narodowym.
  2. Wolność jednostek, większa odpowiedzialność osobista i większe poszanowanie zobowiązań wobec demokratycznych wartości.
  3. Trwałe dostawy czystej energii z naciskiem na bezpieczeństwo energetyczne.
  4. Znaczenie rodziny jako fundamentu społeczeństwa.
  5. Integralność i suwerenność państwa narodowego, sprzeciw wobec unijnego federalizmu i przywrócenie poszanowania zasad prawdziwej subsydiarności.
  6. Nadrzędność transatlantyckich więzi bezpieczeństwa w dynamicznym i skutecznym NATO i poparcie dla młodych demokracji w Europie.
  7. Skuteczna kontrola imigracji i położenie kresu nadużywaniu procedur azylowych.
  8. Wydajne i nowoczesne usługi publiczne oraz wrażliwość na potrzeby wspólnot miejskich i wiejskich.
  9. Położenie kresu marnotrawstwu i nadmiernej biurokracji oraz zobowiązanie się do większej przejrzystości i uczciwości w instytucjach UE i w dysponowaniu funduszami unijnymi.
  10. Poszanowanie i równe traktowanie wszystkich krajów UE, nowych i starych, dużych i małych.