Nikt nie chce wyjść mimo drzwi otwartych. A już dawno po 20.00. W biurze ciągle słychać szum wiatraczków chłodzących przegrzane komputery. Pecety ledwo uciągają z 40 pootwieranymi okienkami w Internet Eksplorerze (za jakie grzechy w miejscu, które żyje z wyszukiwania informacji używać musimy najgorszej wyszukiwarki?). Godzinę temu żartowaliśmy, że zaraz wychodzimy, że to ostanie okienko, ostatnia sprawa i ostatni email. Na podobny żart pozwoliliśmy sobie również 2 i 3 godziny temu. Otwarte drzwi biura jednak przestały być śmieszne. Zwłaszcza po 20.00
Każdy z nas jest od czegoś uzależniony. Od porannej kawy, od herbaty z cytryną, od tłustych kebabów, do tańca, od flirtu, od Gry o Tron, od jednego zjawiskowego utworu Florence and The Machine, od Internetu. Kiedy w mym zacnym liceum w corocznym kalendarzu przedstawiono wyniki ankiety "Od czego uzależnienie są uczniowie Marynki" pojawiały się nawet tak egzotyczne przykłady jak kręcenie słomki między palcami. Parlament Europejski zamykając nas w swoich przestronnych salach konferencyjnych i odwrotnie proporcjonalnie przestronnych korytarzach do biur wytwarza innego rodzaju uzależnienie. Swoisty głód. Głód informacji. Nienasycenie to przyrównać mogę chyba tylko do pierwotnej i tajemniczej siły libido, która pcha nas ku irracjonalnym decyzjom, prosto w objęcia Erosa lub Tanatosa, ku życiu i śmierci. W nowoczesnej konstrukcji Parlamentu Europejskiego panem życia i śmierci jest informacja.
To o nią się walczy, ją się zdobywa, jej się pragnie, to ona daje nam pracę i zajęcie.
Krok pierwszy. Na początku przychodzi email. Poseł prosi, żeby "stażysta zajął się tą sprawą". Więc patrzę, wczytuję się, analizuję, przegryzam się prze z nowy świat informacji. Niewiedza zostaje zastąpiona przez ciekawość, ciekawość przez wypełnianie luk w wiedzy. Dzień później, po przetrawieniu odpowiedniej dawki informacji na dany temat następuje krok drugi. Stworzenie tekstu informacyjnego dla posła. W człowieku, który przeczyta zbyt wiele słów wytwarza się naturalna potrzeba by zacząć słowa samemu tworzyć i łączyć w zdania. Po przeczytaniu zbyt wielu książek, pojawia się wewnętrzna chęć by dołożyć cegiełkę do wielkiej katedry literatury, w której cegłami są kolejne tomy spisywane przez kolejne pokolenia. Któż z nas nie myślał o napisaniu książki? Parlament Europejski tę naturalną i szlachetną potrzebę zwulgaryzował i zautomatyzował. Mielone na szybko informacje muszą zostać podane w szybkostrawnej formie, podobnej kaszce dla dzieci. Potężne zagadnienia, które czekają na młodych naukowców i ich doktoraty tutaj zamykane są na jednej stronie A4.
Krok trzeci - linki. Sprymitywizowana wersja bibliografii. To one właśnie stanowią najgorszą katorgę dla stażysty. Skoro więcej informacji już nie upcham na tę nieszczęsną A4 to przecież zawsze można dodać link więcej. I jeszcze jeden, i jeszcze jeden! Każdy kolejny link odkrywa kolejne informacje i kolejne przypisy. Rzuca nowe światło na dane zagadnienie. No i trzeba przepisać tekst na A4. I znów pojawia się niepewność. A może ten kolejny link znowu dokona przewartościowania? Ileż zmian, ileż zwrotów akcji może pomieścić jedna kartka A4?
Krok czwarty, odruchowo sprawdzam email. Między spamem wyłapuję kolejne zadania do wykonania. Przygotowywany tekst na A4 musi zostać oddany. Inne kartki już czekają na wypełnienie się treścią. I czy przygotowany tekst napełnia stażystę spełnieniem i poczuciem dobrze wykonanej pracy? Oczywiście, że nie!
Każdy kolejny email z wykonanym zleceniem zostawia coraz większy niedosyt i niepewność czy aby umieściło się wszystkie NAJWAŻNIEJSZE informacje. I czyta potem człowiek kolejne artykuły i kolejne analizy, może zdąży coś jeszcze dodać?
I wtedy jedno spojrzenie na zegarek przypomina boleśnie wszelkie ogranicza jakie narzuca nam 24 godzinna doba. Tylko one są w stanie wyrzucić nas z biura. Otwarte drzwi nie wystarczą.
(PS. Kiedy piszę te słowa, odcięty jestem już od informacyjnej matrycy Europy. Okropne doświadczenie odwyku i stanu zwanego po niemiecku trockenrausch i syndrom odrzucenia stały się częścią poznańskiej codzienności. Nikt mnie nie trzyma już, nikt nie otwiera drzwi, poseł nie wysyła kolejnych maili z zadaniami. A mimo to ciągle czuję, że muszę sprawdzić co słychać w świecie wielkiego przemysłu. Dziwnie czułbym się po prostu nie wiedząc. Kiedy raz wyjdzie się z piwnicy Auerbacha to nie można do niej wrócić i cieszyć się podawanymi w niej trunkami. Zamknięty w łupince orzecha, czułbym się panem niezmierzonych przestrzeni gdyby nie ta przeklęta skaza nienasycenia! Nienasycenia informacją!)
Każdy z nas jest od czegoś uzależniony. Od porannej kawy, od herbaty z cytryną, od tłustych kebabów, do tańca, od flirtu, od Gry o Tron, od jednego zjawiskowego utworu Florence and The Machine, od Internetu. Kiedy w mym zacnym liceum w corocznym kalendarzu przedstawiono wyniki ankiety "Od czego uzależnienie są uczniowie Marynki" pojawiały się nawet tak egzotyczne przykłady jak kręcenie słomki między palcami. Parlament Europejski zamykając nas w swoich przestronnych salach konferencyjnych i odwrotnie proporcjonalnie przestronnych korytarzach do biur wytwarza innego rodzaju uzależnienie. Swoisty głód. Głód informacji. Nienasycenie to przyrównać mogę chyba tylko do pierwotnej i tajemniczej siły libido, która pcha nas ku irracjonalnym decyzjom, prosto w objęcia Erosa lub Tanatosa, ku życiu i śmierci. W nowoczesnej konstrukcji Parlamentu Europejskiego panem życia i śmierci jest informacja.
To o nią się walczy, ją się zdobywa, jej się pragnie, to ona daje nam pracę i zajęcie.
Krok pierwszy. Na początku przychodzi email. Poseł prosi, żeby "stażysta zajął się tą sprawą". Więc patrzę, wczytuję się, analizuję, przegryzam się prze z nowy świat informacji. Niewiedza zostaje zastąpiona przez ciekawość, ciekawość przez wypełnianie luk w wiedzy. Dzień później, po przetrawieniu odpowiedniej dawki informacji na dany temat następuje krok drugi. Stworzenie tekstu informacyjnego dla posła. W człowieku, który przeczyta zbyt wiele słów wytwarza się naturalna potrzeba by zacząć słowa samemu tworzyć i łączyć w zdania. Po przeczytaniu zbyt wielu książek, pojawia się wewnętrzna chęć by dołożyć cegiełkę do wielkiej katedry literatury, w której cegłami są kolejne tomy spisywane przez kolejne pokolenia. Któż z nas nie myślał o napisaniu książki? Parlament Europejski tę naturalną i szlachetną potrzebę zwulgaryzował i zautomatyzował. Mielone na szybko informacje muszą zostać podane w szybkostrawnej formie, podobnej kaszce dla dzieci. Potężne zagadnienia, które czekają na młodych naukowców i ich doktoraty tutaj zamykane są na jednej stronie A4.
Krok trzeci - linki. Sprymitywizowana wersja bibliografii. To one właśnie stanowią najgorszą katorgę dla stażysty. Skoro więcej informacji już nie upcham na tę nieszczęsną A4 to przecież zawsze można dodać link więcej. I jeszcze jeden, i jeszcze jeden! Każdy kolejny link odkrywa kolejne informacje i kolejne przypisy. Rzuca nowe światło na dane zagadnienie. No i trzeba przepisać tekst na A4. I znów pojawia się niepewność. A może ten kolejny link znowu dokona przewartościowania? Ileż zmian, ileż zwrotów akcji może pomieścić jedna kartka A4?
Krok czwarty, odruchowo sprawdzam email. Między spamem wyłapuję kolejne zadania do wykonania. Przygotowywany tekst na A4 musi zostać oddany. Inne kartki już czekają na wypełnienie się treścią. I czy przygotowany tekst napełnia stażystę spełnieniem i poczuciem dobrze wykonanej pracy? Oczywiście, że nie!
Każdy kolejny email z wykonanym zleceniem zostawia coraz większy niedosyt i niepewność czy aby umieściło się wszystkie NAJWAŻNIEJSZE informacje. I czyta potem człowiek kolejne artykuły i kolejne analizy, może zdąży coś jeszcze dodać?
I wtedy jedno spojrzenie na zegarek przypomina boleśnie wszelkie ogranicza jakie narzuca nam 24 godzinna doba. Tylko one są w stanie wyrzucić nas z biura. Otwarte drzwi nie wystarczą.
(PS. Kiedy piszę te słowa, odcięty jestem już od informacyjnej matrycy Europy. Okropne doświadczenie odwyku i stanu zwanego po niemiecku trockenrausch i syndrom odrzucenia stały się częścią poznańskiej codzienności. Nikt mnie nie trzyma już, nikt nie otwiera drzwi, poseł nie wysyła kolejnych maili z zadaniami. A mimo to ciągle czuję, że muszę sprawdzić co słychać w świecie wielkiego przemysłu. Dziwnie czułbym się po prostu nie wiedząc. Kiedy raz wyjdzie się z piwnicy Auerbacha to nie można do niej wrócić i cieszyć się podawanymi w niej trunkami. Zamknięty w łupince orzecha, czułbym się panem niezmierzonych przestrzeni gdyby nie ta przeklęta skaza nienasycenia! Nienasycenia informacją!)
